Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty

29 kwietnia 2010

Roger Penrose - wykłady w Polsce

Podaję za stroną Polskiego Towarzystwa Matematycznego:

Rektor Uniwersytetu Łódzkiego zaprasza na

Pierwszy wykład rektorski

pt. Aeons before the Big Bang

który wygłosi

sir Roger Penrose

emerytowany profesor University of Oxford. Wykład rozpocznie się 19 maja 2010 roku o godz. 13:00w Auli Czerwonej Wydziału Prawa i Administracji UŁ w Łodzi przy ul. Kopcińskiego 8/12

Wyklad pod tym samym tytułem R. Penrose wygłosi 21 maja 2010 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Wiecej informacji pod adresem: http://www.fuw.edu.pl/aktualnosci-all/items/news0811.html

I jeszcze streszczenie wykładu:
Abstract: There is much impressive observational evidence, mainly from the cosmic microwave background (CMB), for an enormously hot and dense early stage of the universe referred to as the Big Bang. Observations of the CMB are now very detailed, but this very detail presents new puzzles of various kinds, one of the most blatant being an apparent paradox in relation to the second law of thermodynamics. The hypothesis of inflationary cosmology has long been argued to explain away some of these puzzles, but it does not resolve some key issues, including that raised by the second law. In this talk, I describe a quite different proposal, which posits a succession of universe aeons prior to our own. The expansion of the universe never reverses in this scheme, but the space-time geometry is nevertheless made consistent through a novel geometrical conception. Some very recent analysis of the CMB data, obtained from the WMAP satellite, will be described, this having a profound but tantalizing bearing on these issues.

4 listopada 2008

Fill me up, Scotty

Oglądaliście Star Treka? Podejrzewam, że bardzo wiele osób na takie pytanie odpowie twierdząco. Ja sam, lata temu, regularnie zasiadałem przed telewizorem, żeby obejrzeć kolejny odcinek przygód kapitana Picarda i załogi jego statku. Mowa oczywiście o serii "Next Generation", bo w Polsce były jeszcze emitowane "Deep Space 9" ("Stacja kosmiczna") i "Voyager". Jednak to właśnie pierwsza z wymienionych zyskała sobie największe grono fanów i jest uważana za najlepszą serię całej sagi Star Trek. Pamiętam, jak będąc nastolatkiem, fascynowałem się różnymi cudami technologii, w które wyposażony był Enterprise: fazery, transporter (teleporter, jeśli ktoś woli), tarcze, holodek czy wreszcie napęd warp. Wprawdzie nie miałem pojęcia jak to wszystko mogłoby działać, ale kto się zastanawia nad takimi błahostkami? W końcu to serial science fiction i najważniejsza jest dobra zabawa.

Okazuje się jednak, że ktoś na poważnie zaczął się zastanawiać, jak te wszystkie cuda techniki miałby funkcjonować. Co więcej, ten ktoś napisał o tym książkę. Ta osoba to znany amerykański fizyk Lawrence Krauss, a książka o której mowa została kilka lat temu wydana w naszym kraju (Prószyński i S-ka, seria "Na ścieżkach nauki") i jakiś czas temu wpadła w moje ręce. Polski tytuł to "Fizyka podróży międzygwiezdnych". Przyznam, że nie potrafię zrozumieć, czemu oryginalny tytuł "The Physics of Star Trek" nie został po prostu przetłumaczony jako "Fizyka w Star Treku". W ten dosyć głupi sposób wydawca pozbawił się chwytliwego tytułu, który mógł skłonić wielu fanów serialu do kupna książki (jak by nie patrzeć, Star Trek jest raczej rozpoznawaną marką).

Tytuł to jednak mało istotny szczegół, bo istotna jest przecież treść. jej zawartość podzielona jest na trzy części. W kolejnych rozdziałach Krauss poddaje analizie fizycznej wszystkie najważniejsze wynalazki i zjawiska, jakie możemy zaobserwować w serialu (wliczając oryginalną serię). Na warsztat idą także podróże w czasie, inne wymiary czy tunele czasoprzestrzenne. Naukowa analiza jest dla serialu bezlitosna - okazuje się, że w praktyce zdecydowana większość urządzeń i zjawisk pokazywanych w Star Treku nie mogłaby istnieć z powodu bardzo konkretnych ograniczeń fizycznych. Przyznam, że wszelkiego rodzaju wyliczenia czytałem z uśmiechem na ustach, widząc jak bardzo "pomylili się" twórcy serialu. Samo wytykanie błędów w Star Treku nie byłoby jednak zbyt ciekawe. Na szczęście Krauss na tym nie poprzestaje, a zjawiska pokazywane w serialu stają się punktem wyjścia do wyjaśniania różnych teorii i zjawisk fizycznych. Największy plus dla książki to omówienie Teorii Względności. Oczywiście nie jest to jakieś dogłębne wprowadzenie do niej, ale Krauss doskonale wyjaśnia najważniejsze idee teorii Einsteina, co mi osobiście wystarcza. Właściwie to mam wrażenie, że wszelkiego rodzaju zjawiska fizyczne, takie jak czarne dziury czy antymateria, zostały tu dużo dokładniej zaprezentowane niż w omawianych przeze mnie książkach poświęconych kosmologii ("Tylko sześć liczb", "Nasz kosmiczny dom", "Początek wszechświata").

Ogólnie mówiąc, książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Ciekawa i napisana z humorem - to chyba jej główne zalety. Wszystkim fanom Star Trek oraz osobom zainteresowanym fizyką polecam poszukać w antykwariatach. Na koniec mały bonus. Na tych dwóch stronach możecie znaleźć niewielkie fragmenty książki: klik, klik. Dodam jeszcze, że na polskim rynku ukazała się również inna książka Kraussa, zatytułowana "Beyond Star Trek". Polski tytuł to... "Tajemnice kosmosu czyli od latających talerzy do końca świata". Pozostawię tytuł bez komentarza. Pozycja była wydana przez Prószyński i S-ka i również należy szukać jej w antykwariatach (mnie się jeszcze nie udało znaleźć).

28 października 2008

Tylko sześć liczb

Kilka miesięcy temu, pisząc o książce "Nasz kosmiczny dom", obiecałem recenzję kolejnej książki Martina Reesa. Nadeszła pora, żeby dotrzymać obietnicy. Dziś na warsztat pójdzie "Tylko sześć liczb". Pierwotnie zakładałem, że uda mi się ją przeczytać znacznie szybciej, ale jakoś tak się składało, że zawsze w moje ręce trafiało coś innego.

"Tylko sześć liczb" ukazała się na polskim rynku nakładem wydawnictwa CIS dosyć dawno, bo w 2000 roku. Jak łatwo się więc domyślić, szanse na dostanie jej w księgarniach są co najmniej nikłe. Właściwie, to żeby dostać jakikolwiek tytuł z serii "Science Masters" - bo do niej ta książka należy - trzeba mieć naprawdę duże szczęście.

Tytułowe liczby to sześć stałych fizycznych. Wartości tych stałych nie są ze sobą powiązane żadną zależnością, tzn. żadnej z nich nie da się wyprowadzić znając inne (oczywiście nie ma co do tego 100% pewności, ale obecna wiedza na to wskazuje). Te liczby określają kształt naszego wszechświata - skład chemiczny (ilość istniejących pierwiastków), rozkład materii czy tempo ekspansji. I co najciekawsze, nasza obecna wiedza wskazuje na to, że liczby te są idealnie "dostrojone", tzn. zmiana jednej ze stałych o choćby niewielką wartość sprawiłaby, że nasz wszechświat wyglądałby zupełnie inaczej (np. byłyby w nim jedynie czarne dziury) i żadne życie nie mogłoby powstać. To dosyć intrygujące spostrzeżenie, które przewija się przez całą książkę, w miarę jak Rees omawia kolejne stałe i konsekwencje płynące z wartości tych stałych.

Zawartość książki częściowo pokrywa się z "Naszym kosmicznym domem" (tam też autor opisuje stałe kosmiczne i procesy związane z formowaniem się wszechświata). Osobiście mi to nie przeszkadzało - w tematyce kosmologicznej nie jestem biegły i przypomnienie pewnych zagadnień bardzo mi odpowiadało. Jest też mowa o teoriach wielkiej unifikacji i o superstrunach. Szczególnie spodobało mi się opisanie tej ostatniej teorii, o której wiem niewiele. Zaznaczam jednak od razu, że jest to ledwie zarys jej idei - Rees poświęcił superstrunom raptem kilka stron.

"Tylko sześć liczb" czyta się naprawdę bardzo lekko i przyjemnie. Styl Reesa po raz kolejny okazał się bardzo przystępny. Czytając książkę odczuwałem jednak dużą frustrację. Bynajmniej nie z powodu jakichś jej mankamentów, ale z powodu samej tematyki, czyli kosmologii. Irytujące jest, że nadal tak niewiele wiemy w tym temacie. Chociaż może lepiej powiedzieć, że zdajemy sobie sprawę z tego ile jeszcze nie wiemy i co gorsza nie znamy odpowiedzi na wiele fundamentalnych pytań, np. czemu te stałe są tak dobrze dopasowane. Rees przedstawia kilka koncepcji wyjaśnienia tego faktu. Osobiście odrzuca przypadek i boga, skłaniając się ku wielu wszechświatom. Są to jednak tylko spekulacje. No cóż, to nie biologia. Chyba właśnie dlatego kosmologia nie jest główną dziedziną moich zainteresowań - o wiele bardziej lubię znać pojedyncze, niezwykłe odpowiedzi niż wiele, równie niezwykłych, spekulacji.

Muszę jeszcze dodać, że bardzo podoba mi się rozsądne podejście Reesa do wielu spraw. Osobiście moją uwagę przykuło stwierdzenie:
(...) turbulencja i wilgotność cieczy oraz faktura ciał stałych są wynikiem kolektywnego zachowania atomów i można je "zredukować" do fizyki atomowej, ale mimo to są ważnymi, niezależnymi pojęciami; w jeszcze większym stopniu dotyczy to takich pojęć, jak "symbioza" czy "dobór naturalny"
To stwierdzenie wydaje się oczywiste. Powód dla którego zwróciłem na nie uwagę jest taki, że dla niektórych ludzi to jednak nie jest oczywiste. Przykładowo, rozmawiałem jakiś czas temu ze znajomym - studentem fizyki - który twierdził, że fizyka jest najważniejszą z wszystkich nauk. Powód? Według mojego znajomego, wszystko na świecie można zredukować do oddziaływań atomowych (albo jeszcze mniejszych), a tym samym inne nauki, zajmujące się strukturami większych rzędów (chemia, biologia, socjologia), są jedynie rozszerzeniami fizyki i nie wnoszą nic nowego. Tu oczywiście rodzi się pytanie, jak opisać dobór naturalny za pomocą równań mechaniki kwantowej. Jedyne co można powiedzieć, to powtórzyć zacytowane słowa Reesa.

No, to chyba na tyle dzisiaj. Jeśli jakimś sposobem uda wam się zdobyć tę książkę, to gorąco polecam. Zaznaczam jednak, że osobom obeznanym z kosmologią, może się ona wydać nudna, ponieważ obraca się wokół dosyć podstawowych zagadnień (m.in. z tego powodu ja narzekałem na "Wspinaczkę na Szczyt Nieprawdopodobieństwa").

30 września 2008

Różności

Ostatnio nie mam czasu, żeby komentować na bieżąco niektóre kretynizmy, na które natykam się w sieci, a w szczególności na naszym ukochanym portalu Onet.pl. Pora nadrobić zaległości.

- po uruchomieniu Wielkiego Zderzacza Hadronów Onet zacytował słowa byłego przewodniczącego Papieskiej Akademii Nauk. Pozwólcie, że przytoczę interesujący mnie fragment (to na wypadek gdyby artykuły na Onecie zostały kiedyś skasowane):
"Boga nie można znaleźć przy pomocy eksperymentu" - tak przełomowe doświadczenie w ośrodku CERN w Szwajcarii przy użyciu Wielkiego Zderzacza Hadronów skomentował były przewodniczący Papieskiej Akademii Życia biskup Elio Sgreccia.
Watykański hierarcha, cytowany w czwartek przez dziennik "Corriere della Sera", odnosząc się do powtarzanych przy tej okazji opinii, że dzięki lepszemu poznaniu początków wszechświata i budowy materii będzie można odkryć tzw. boską cząsteczkę, odparł: "mówienie o jej poszukiwaniu nie jest właściwe".
No i nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Nie jestem specjalistą od fizyki współczesnej i nie znam zbytnio Modelu Standardowego. Pomimo tego doskonale zdaję sobie sprawę, że owa "boska cząstka" (bozon Higgsa) to "zwykła" cząstka elementarna, tak jak neutron czy proton. Jedyna niezwykłość polega na tym, że jej istnienie nie zostało do tej pory zaobserwowane, a tylko przewidziane teoretycznie. Jej zarejestrowanie ma być możliwe dzięki LHC. Nazwa "boska cząstka" została zaczerpnięta z tytułu książki i nie ma zupełnie NIC wspólnego z jakimkolwiek bogiem chrześcijańskim, hinduskim itd. Śmieszne (smutne?) jest to, że ktoś kto był przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia nie zdaje sobie z tego sprawy (może właśnie dlatego odwołano go ze stanowiska?).

- kolejna "sensacja" onetu. Pojawił się news o szumnym tytule "Sensacyjne odkrycie w dziedzinie ewolucji". Spodziewałem się, że to będzie coś głupiego, ale rzeczywistość jak zwykle okazała się jeszcze bardziej zaskakująca niż oczekiwałem:
Zanim na ziemi pojawiło się życie, toczyły się już procesy ewolucyjne – informuje RMF FM powołując się na naukowców z Uniwersytetu Harvarda.
Zanim doszło do ukształtowania się życia, pojawiła się tzw. pierwotna zupa cząstek, którą tworzyły m.in. białka i kwasy nukleinowe.
Równocześnie występował także mechanizm pewnej selekcji, dzięki którym pojawiały się związki o mniej skomplikowanej budowie wewnętrznej. Te bardziej pierwotne formy zaczęły z czasem wypierać te bardziej zaawansowane – informuje RMF FM.
Słucham? Pojęcie "pierwotnej zupy" jest już dosyć stare, a o doborze pomiędzy prostymi cząsteczkami zdolnymi do samoreplikacji pisał chociażby Dawkins już ponad 30 lat temu. Na czym ma polegać sensacyjność tego odkrycia? I w ogóle jakiego odkrycia? Tu nie ma mowy o tym co zostało odkryte. Chyba, że sensacyjność polega na tym, że prostsze cząstki wypierają te bardziej złożone, bo jak do tej pory zawsze słyszałem odwrotną wersję. Ktoś mi to wyjaśni?

- dostęp do strony Richarda Dawkinsa został zablokowany w Turcji. Powód? Jakiemuś muzułmańskiemu kreacjoniście nie spodobało się, że Dawkins skrytykował na swojej stronie jego książkę o dającym wiele do myślenia tytule "Atlas Stworzenia" ("Atlas of Creation"). Poszedł więc z tym do sądu, a ten nakazał firmie Turk Telekom zablokować możliwość wchodzenia na stronę. Temu samemu kreacjoniście udało się przekonać sąd do zablokowania w 2007 roku dostępu do milionów blogów internetowych hostowanych na serwisie wordpress.com. Pewnym pocieszeniem jest, że nie udało mu się doprowadzić do wstrzymania sprzedaży "Boga urojonego", gdyż sąd oddalił pozew.

Chciałem zakończyć ten wpis jakimś pozytywnym akcentem. Z pomocą przyszła Pharyngula, gdzie znalazłem tą krótką reklamę:



30 lipca 2008

Początek Wszechświata

Jakiś czas temu postanowiłem sobie, że będę nadrabiał zaległości w dziedzinie astronomii i kosmologii. Uznałem, że będzie to świetna okazja do zapoznania się z nowymi autorami książek popularnonaukowych (i jednocześnie fizykami). Na pierwszy ogień poszedł Martin Rees, o którym pisałem jakiś czas temu. Kolejną moją lekturą była, znaleziona w antykwariacie, książka "Początek Wszechświata" Johna D. Barrowa. Chciałem poznać styl tego autora, ponieważ niedawno na rynku ukazała się "Księga nieskończoności" jego autorstwa i rozważałem jej zakup.

"Początek Wszechświata" został napisany w 1994 roku. Do polskich czytelników trafił w 1995 dzięki wydawnictwu CiS jako część serii Science Masters. Przyznam, że pewne obawy z mojej strony wzbudziło to, że książka została napisana kilkanaście lat temu. W przypadku dynamicznie rozwijającej się dziedziny, jaką jest astronomia, to spory okres czasu i miałem obawy, że będę czytał wiedzę już nieaktualną. Moje obawy częściowo się potwierdziły, np. w 1998 roku pomiary wykazały, że nasz Wszechświat nie tylko się rozszerza (co wiemy już od dłuzszego czasu), ale że to rozszerzanie przyspiesza (co było nieoczekiwane). Z oczywistych przyczyn to odkrycie nie mogło zostać uwzględnione w książce. Barrow omawia powstanie Wszechświata dosyć ogólnie (żeby nie powiedzieć ogólnikowo), bez zagłębiania się w szczegóły. Przyznam, że dla mnie książka była z tego powodu momentami niejasna. Prawdopodobnie, ze względu na niewielką objętość, autor po prostu zmuszony był rezygnować z bardziej przejrzystego omawiania niektórych zagadnień. Prezentowany jest krótki rys historyczny i przegląd różnych teorii. Duży plus dla autora za wyjaśnienie (choć bardzo skrótowe) na czym polegają teorie wielkiej unifikacji oraz teoria supersturn.

Gdybym miał porównać styl pisania pomiędzy Barrowem a wspomnianym wcześniej Rees'em, to ten drugi zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu. Nie polecam więc jakoś szczególnie tej książki. Lepiej sięgnąć po "Nasz kosmiczny dom", który omawia praktycznie te same zagadnienia w sposób bardziej przejrzysty, bardziej szczegółowy, aktualniejszy i przy użyciu o wiele lepszego stylu. No i o wiele łatwiej dostać go w księgarni, podczas gdy "Początek Wszechświata" jest do dostania tylko w antykwariatach.

22 czerwca 2008

Jest woda na Marsie

Tak przynajmniej twierdzą ludzie z NASA odpowiedzialni za misję Phoenix. Dowód widać na tych dwóch zdjęciach zrobionych w odstępie czterech dni:

Jeśli przyjrzycie się uważnie to zobaczycie, że niektóre grudki w wykopie zniknęły (tutaj jest dobrze widoczne). Te grudki to właśnie lód, który stopniał. Naukowcy z NASA uważają, że nie mógł to być na przykład suchy lód (dwutlenek węgla), ponieważ ten roztopiłby się szybciej. To już drugie istotne odkrycie w ostatnich tygodniach, które pokazuje, że życie mogło się rozwinąć również poza Ziemią.

21 czerwca 2008

A jednak się kręci Słońce dookoła Ziemi

Niedawno w Tygodniku Powszechnym ukazał się wywiad z ks. Michałem Hellerem (tym od Nagrody Templetona) pt. Czy kosmita może być zbawiony. Jak już wspominałem, myślałem o przeczytaniu którejś z jego książek. Po tym wywiadzie mój zapęd w tym kierunku spadł do zera. I nie chodzi tu wcale o to, że Heller nie zna matematyki na poziomie szkoły podstawowej (twierdzi, że rozkład 10 na czynniki pierwsze to 3 razy 3 plus 1, a oczywiście jest to 2 razy 5).

Już sam początek jest "niezły":
Artur Sporniak: Czy możemy się spodziewać, że nie jesteśmy sami we wszechświecie?
Ks. Michał Heller: Z punktu widzenia nauki w jej obecnym kształcie jest to problem marginalny…
Że jak? Możesz powtórzyć? Jedno z największych pytań współczesnej nauki to "problem marginalny"? W takim razie co robią na Marsie sondy poszukujące śladów życia? Wysyłają nam zdjęcia z wakacji? I po co NASA bada Tytana (księżyc Saturna) i Europę (księżyc Jowisza)? Skąd plany budowy Terrestrial Planet Finder, kilku połączonych w jedno urządzeń, takich jak interferometry i koronograf, które miałyby wyszukiwać w kosmosie planet podobnych do Ziemi? I po co Europejska Agencja Kosmiczna planuje podobny projekt o nazwie Darwin? I skąd to całe zamieszanie wokół jakiegoś kawałka meteorytu?

Odnośnie mozliwości istnienia życia gdzieś indziej we wszechświecie:
Możemy podać także rację teologiczną, jaką jest stwórcza płodność Pana Boga – trudno przypuszczać, że w tak ogromnym świecie Bóg stworzył życie tylko na Ziemi, skoro mógłby stworzyć je także gdzie indziej. Niemniej są to tylko nasze przypuszczenia.
Powstanie życia to kwestia sprzyjających warunków i przypadku, nie potrzeba do tego żadnych sił nadprzyrodzonych. Możliwe, że życie na naszej planecie pochodzi z kosmosu, ale do tego nie są konieczne czary. To zwykła chemia. Swoją drogą, to czy religia nie powinna wiedzieć, czy jesteśmy sami? Skoro Bóg był tak miły i powiedział nam o tym jak stworzył świat w 6 dni, to mógł przy okazji coś napomknąć o tym czy stworzył kogoś jeszcze.
Czy teologia nie głosi, że człowiek jest szczytem stworzenia i najbliższą Bogu istotą?
Dlatego sądzę, że z koncepcji innych istot we wszechświecie bardziej niż nauka skorzystać mogłaby teologia.
Litości! Znowu? Na odkryciu pozaziemskich form życia skorzystałyby w pierwszej kolejności chemia i biologia (prawdopodobnie medycyna również), a gdyby to życie było inteligentne to w dodatku jeszcze cały szereg nauk społecznych oraz technicznych - jeśli byłaby to cywilizacja bardziej zaawansowana od nas. A teologia? Ogłoszono by, że Bóg jest wielki i co dalej? Komisja do rozstrzygnięcia czy kosmici mają duszę? Czy może misje i nawracanie kosmitów? Dobrze przynajmniej, że Heller wyraźnie odgranicza teologię od nauki.

Przyznam się że jestem mocno zmieszany. Generalnie to po usunięciu idiotycznych fragmentów, w których Heller próbuje pokazać, że teologia może się do czegokolwiek przydać, otrzymujemy całkiem porządny wywiad z astronomem. Przez część wywiadu Heller mówi jak prawdziwy naukowiec, tylko po to, by za chwilę wyskoczyć z jakimiś niedorzecznymi koncepcjami:
Po pierwsze, powinniśmy na nowo przemyśleć określenie Boga jako nieskończoności. Przez bardzo długi czas nieskończoność była rozumiana negatywnie: jako coś, co nie jest skończone. Dzisiaj wiemy o nieskończoności dużo więcej. Dzięki analizom matematycznym ujawnia nam ona rozmaite aspekty zupełnie nieoczekiwane. Na przykład, że mogą być różne rodzaje nieskończoności. Liczb rzeczywistych jest nieskończenie wiele, ale liczb całkowitych…
...jest mniej?
Ich jest także nieskończenie wiele, ale jest ich mniej. W matematyce mówi się, że jest to nieskończoność mniejszej mocy.
Idźmy dalej: jeszcze większej mocy nieskończonością od zbioru wszystkich liczb rzeczywistych jest zbiór wszystkich podzbiorów osi liczb rzeczywistych. Rodzi się pytanie, czy jest nieskończoność najmocniejsza? Georg Cantor – twórca teorii mnogości, która dała podwaliny do tych matematycznych analiz – uważał, że jest taka nieskończoność, i utożsamiał ją z Bogiem.
Deus ex machina?
Na pewno jest w tym przeskok z matematyki do ontologii. Przez długi czas w matematyce przeważał pogląd, że nie ma absolutnej nieskończoności. Ostatnio jednak pojawiły się badania sugerujące, że nie jest wykluczone, iż Cantor w pewnym sensie miał rację.
Słucham? Nieprzeliczalność zbioru liczb rzeczywistych dowodem istnienia boga? I ten człowiek jest uznawany za wybitną osobę i szanowany? Przecież to jest jakiś ponury żart.
Jak puścimy wodze fantazji, to możemy sobie wyobrazić, że wśród istot rozumnych zamieszkujących jakąś odległą planetę w ogóle nie nastąpił grzech pierworodny, gdyż mają one lepiej rozwinięty umysł i wyraźniej widzą różnicę między dobrem a złem. Żyją zatem w przyjaźni ze Stwórcą i nie wymagają odkupienia.
No tak, to by się nawet zgadzało - przecież w raju nie było kosmitów, a jedynie Adam i Ewa. Może kosmici mieli swój własny raj i nie zjedli zakazanego owocu? Może owoce stworzone przez Boga na innej planecie były po prostu niesmaczne? Albo nie ma tam węży, które mogłyby ich kusić? Dobra, dosyć tych bzdur, chyba nikt nie bierze tego na poważnie? Swoją drogą, to koncepcja grzechu pierworodnego jest jednym ze śmieszniejszych założeń wiary chrzescijańskiej. Grzech ten ma wynikać rzekomo ze złej natury człowieka. Wystarczy się chwilę zastanowić, by - na nieszczęscie tej koncepcji - dojść do oczywistego wniosku, że człowiek jest z natury istotą dobrą. Odpowiedz sobie na proste pytanie: jaki odsetek ludzi w twoim otoczeniu (znajomych z pracy czy ludzi mieszkających z tobą na osiedlu) można by zaliczyć do złych? Ilu z nich kradnie czy napada na innych? Jeśli nie czytasz tego bloga z więziennej celi to najbardziej prawdopodobna odpowiedź będzie brzmiała: niewielu.
Nasz rozum gubi się w perspektywie wielu światów. To jest dla nas lekcja, że tym bardziej powinien „gubić się” w obliczu każdej religijnej tajemnicy.
To dziwne, mój rozum nie gubi się w obliczu żadnej "religijnej tajemnicy". Przyznam jednak, że często gubię się w obliczu wielu religijnych absurdów, w które ludzie autentycznie wierzą.

Przyznam, że dawno czegoś takiego nie czytałem. To jest esencja tego, czego nie trawię - kiedy ktoś próbuje za wszelką cenę skazić naukę jakimiś chorymi absurdami. Heller to wszystko mówi na poważnie, a to jasno pokazuje, żeby nie marnować czasu na jego książki. Wolę poczytać kogoś, kto ma coś naprawdę wartościowego do powiedzenia.

19 czerwca 2008

Witaj w domu

Kiedy byłem małym dzieckiem, rodzice kupowali mi dużo książek edukacyjnych dla dzieci. Do dziś na mojej półce stoją liczne tomy takich serii jak "Patrzę, Podziwiam, Poznaję", "Świat wczoraj i dziś" czy "Tajemnice zwierząt". Wszystkie oczywiście opatrzone licznymi zdjęciami bądź rysunkami tak, by jak najlepiej trafić do młodego czytelnika. Jedną z moich ulubionych książek - obok tych poświęconych dinozaurom - była "Budowa Wszechświata". Pamiętam dobrze, jak bardzo mnie fascynowała. Wprawdzie jako dziecku ciężko mi było pojąć jak wszechświat może nie mieć końca i czym jest czarna dziura, ale ze zrozumieniem budowy Układu Słonecznego radziłem już sobie całkiem nieźle.

Ostatnio znowu poczułem się jak małe dziecko, próbujące zrozumieć niezwykłości otaczającego nas wszystkich kosmosu. Wszystko dzięki genialnej książce Martin'a Rees'a "Nasz kosmiczny dom". Autor (na zdjęciu po prawej) jest Królewskim Astronomem, a od 2005 roku zasiada na stanowisku prezesa brytyjskiego Royal Society. "Nasz kosmiczny dom" stanowi przekrój współczesnej wiedzy o wszechświecie. Rees omawia prawa rządzące kosmosem, powstawanie gwiazd i planet, Wielki Wybuch czy wreszcie prognozy na przyszłość wszechświata. Całość wyłożona jest przystępnym językiem i wzbogacona licznymi ilustracjami (choć nie są one tak kolorowe, jak w mojej książce z dzieciństwa). Oczywiście ze względu na stosunkowo niewielką objętość (niecałe 200 stron, czyta się spokojnie w 4 dni) wszystkie teorie są potraktowane dosyć ogólnie, ale w końcu celem książki nie jest zaprezentowanie czytelnikowi szczegółów teorii względności czy teorii strun, a jedynie nakreślenie ogólnego obrazu naszej wiedzy w dziedzinie kosmologii i astronomii. Z tego zadania Rees wywiązuje się pierwszorzędnie. Przyczepić się mogę tylko do tego, że niektóre rysunki mogłyby być lepiej omówione. Przy kilku musiałem naprawdę sporo pogłówkować, żeby zrozumieć co autor miał na myśli.

Nie ukrywam, że książka mnie zachwyciła. Po jej przeczytaniu mam w głowie dziesiątki pytań dotyczących zagadnień, które zostały w książce wspomniane, lecz niezbyt dogłębnie omówione. W tym wypadku jest to dla mnie zdecydowana zaleta, ponieważ zachęca mnie do dalszego czytania. Na szczęście udało mi się dostać - a nie było to łatwe - wydaną u nas już kilka lat temu inną książkę Martin'a Reesa pt. "Tylko sześć liczb". Przeczucie mówi mi, że przeczytacie o niej niedługo na blogu.

17 czerwca 2008

Mamo! Tato! Jestem kosmitą!

Serwis EurekAlert podał ciekawą wiadomość: naukowcy odkryli w meteorycie cząsteczki wchodzące w skład DNA pochodzące spoza Ziemi.

Tak zwany meteoryt Murchisona (fragment na zdjęciu) spadł w 1969 roku w Australii. Naukowcy twierdzą, że odkryli w nim ksantynę i uracyl - dwie cząsteczki wchodzące w skład DNA. Właściwie to, że meteoryt zawierał substancje organiczne nie jest niczym nowym. Nie wiedziano tylko, czy substancje te pochodzą z kosmosu, czy też są wynikiem zanieczyszczenia na Ziemi. Sensacyjność odkrycia to właśnie stwierdzenie ich pozaziemskiego pochodzenia. Dowodem ma być węgiel tworzący cząsteczki. Jest to mianowicie cięższy rodzaj węgla, który mógł powstać tylko w kosmosie. Na Ziemi tworzą się lżejsze odmiany tego pierwiastka.

Ciekaw jestem, co dalej wyniknie z tego odkrycia. Jeśli uda się znaleźć podobne cząsteczki w innych pozaziemskich meteorytach, to będzie to przemawiało za hipotezami o kosmicznym (przynajmniej częściowo) pochodzeniu życia. Może to też być ważny krok do zrozumienia jak powstało życie na naszej planecie. Zwiększy to także prawdopodobieństwo hipotezy, że życie mogło z powodzeniem powstać na innych planetach, które miały warunki chemiczne zbliżone do Ziemi (w to akurat osobiście nie wątpię). Z niecierpliwością czekam na jakiś obszerniejszy artykuł w którymś z polskich czasopism naukowych.

7 czerwca 2008

Twój komputer stoi włączony całymi dniami? To świetnie się składa!

Pomyśl o swoim komputerze. Średnia prędkość procesora wynosi dzisiaj około kilku gigaherców, co oznacza kilka miliardów cykli obliczeniowych na sekundę (jeśli masz dwa rdzenie to pomnóż to jeszcze przez dwa). Jeśli wykorzystujesz komputer do pisania w Wordzie, surfowania w internecie czy słuchania mp3 to oznacza to, że większość z tych cykli obliczeniowych najzwyczajniej w świecie się marnuje. Nawet gdy wciśniesz kilka klawiszy na sekundę, to przetworzenie informacji o ich wciśnięciu zajmie procesorowi w najgorszym wypadku kilkanaście tysięcy cykli. Odtwarzanie mp3 zajmuje ułamkowe części całej mocy procesora (pomyśl, że malutkie odtwarzacze mp3 dokonują tego bez problemu).

Po co o tym piszę? Ponieważ tą marnującą się moc obliczeniową można pożytecznie wykorzystać. Istnieją liczne naukowe programy tak zwanego przetwarzania rozproszonego. Ich idea polega na tym, że tysiące komputerów na całym świecie wspólnie przetwarza olbrzymią porcję danych, których jeden komputer nie byłby w stanie przetworzyć. Komputer w takiej sieci otrzymuje od głównego serwera projektu niewielki fragment większej ilości danych i przetwarza je wykorzystując marnujące się cykle procesora, o których napisałem. Po zakończeniu obliczeń odsyła wyniki serwerowi i pobiera kolejną porcję danych.

Najbardziej znanym z takich programów jest niewątpliwie SETI@home. Ma on na celu poszukiwanie pozaziemskiej cywilizacji (Search for Extra-Terrestrial Intelligence) na podstawie analizy promieniowania docierającego z kosmosu. Osobiście nie uważam, aby szukanie ufoludków było warte poświęcenia mocy mojego komputera. Na szczęście wybór projektów jest duży. Niektóre z możliwości to określanie trójwymiarowej struktury białek (Rosetta@Home, Proteins@home, TANPAKU), przewidywanie zmian klimatu (Climateprediction.net) albo rozwiązywanie problemu komiwojażera (TSP). Lista wszystkich dostępnych projektów jest znacznie dłuższa, szczególnie jeśli uwzględnić te, które są dopiero w fazie testowania. Ja osobiście zdecydowałem się na projekt Einstein@home, czyli poszukiwanie pulsarów.

Co zrobić, żeby się dołączyć? Najpierw należy ściągnąć klienta BOINC - powinien być dostępny na stronie każdego projektu. Nazwa jest skrótem od Berkeley Open Infrastructure for Network Computing (Otwarta Infrastruktura Przetwarzania Rozproszonego Berkeley). Klient umożliwia podłączenie komputera do serwerów przetwarzana rozproszonego. Jest on dostępny pod zdecydowaną większość platform sprzętowych (Windows, Linux, Mac, Solaris). Mając zainstalowanego klienta, należy zarejestrować się na stronie internetowej wybranego projektu. Można to również zrobić z poziomu klienta BOINC, ale strona internetowa daje dostęp do większej liczby ustawień dotyczących konta. Będąc już zarejestrowanym, w kliencie BOINC wystarczy wybrać opcję przyłączenia się do projektu, wskazać projekt oraz podać login i hasło. Można brać udział w kilku projektach jednocześnie.

Jak to wygląda w praktyce? Posiadam procesor Athlon XP 3000 (prędkość 1.8GHz) oraz 2GB pamięci RAM. Całość chodzi pod Linuxem ze środowiskiem graficznym KDE (które nieco obciąża komputer). Pozwoliłem klientowi BOINC na wykorzystanie do 50% mocy procesora oraz do 30% pamięci gdy komputer jest używany (gdy jest nieużywany pozwoliłem na korzystanie z 50% pamięci). Komputer wykorzystuję w dużej mierze do programowania w Javie. Kto miał styczność, ten wie, że Java ma spore wymagania i nie szczędzi zarówno procesora jak i pamięci (m.in. dlatego mam jej 2GB, ponieważ 1GB nie wystarczał). Spodziewałem się więc sporego spadku komfortu pracy, jednak ku mojemu zaskoczeniu tak się nie stało. Wszystko dzięki temu, że klient BOINC zatrzymuje obliczenia, gdy tylko potrzebna jest pełna moc procesora.

Czy są jakieś zyski z udostępnienia swojego komputera do obliczeń? Tak - jest satysfakcja :) Są jeszcze statystyki, informujące ile obliczeń wykonały nasze komputery (można mieć kilka pracujących na jedno konto). Istnieje także możliwość łączenia się wielu użytkowników w zespoły.

Zachęcam do przyłączenia się do któregoś z projektów. W końcu nic to nie kosztuje, a naukowcom zawsze przyda się dodatkowa moc obliczeniowa. Więcej informacji można znaleźć na http://www.boincatpoland.org/ oraz http://boinc.berkeley.edu/ (strona częściowo po polsku).

29 maja 2008

Phoenix wylądował

26 maja o godzinie 1.38 czasu polskiego na Marsie wylądował próbnik Phoenix, wysłany przez NASA. Jego celem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czy na Marsie była kiedyś woda w stanie ciekłym. Misja zapowiada się ciekawie, szczególnie że już na początek próbnik przesłał na Ziemię sporą liczbę zdjęć. Oczywiście, poza fotografowaniem, Phoenix będzie także analizował otaczające go skały. Ciekawe, czy misja okaże się tak wielkim sukcesem, jak wyprawa Pathfinder'a z 1997? Próbnik został sfotografowany w trakcie lądowania przez Mars Reconnaissance Orbiter:

Mars Reconnaissance Orbiter sfotografował także miejsce lądowania Pathfinder'a:

Pragnę przypomnieć, że obecnie na Marsie działają jeszcze łaziki Spirit i Oportunity, które wylądowały w 2004 roku. One również dostarczają cennych informacji i ciekawych zdjęć. Poniżej jedno z nich:

Zachęcam do zajrzenia na oficjalną stronę misji Phoenix. Można na niej śledzić na bieżąco przebieg misji oraz obejrzeć galerię zdjęć wykonanych przez Phoenixa. Warto również odwiedzić stronę NASA, ponieważ tam także zamieszczane są bieżące informacje o misji. Gdyby komuś nie chciało się przekopywać przez stronę NASA, to na Wikipedii można znaleźć sporą galerię zdjęć nadesłanych przez Spirit i Oportunity.