Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

30 lipca 2016

Listy miłosne do Richarda Dawkinsa

Richard Dawkins czyta "listy miłosne" przesłane mu przez wszelkiego rodzaju fanatyków religijnych:


Stare, ale trafiłem na filmik dopiero niedawno.

23 maja 2011

Co nauka może powiedzieć o moralności? Dyskusja

Znalazłem ostatnio na Atheist Movies dyskusję pomiędzy Samem Harrisem i Richardem Dawkinsem zatytułowaną "Who Says Science has Nothing to Say About Morality?". Sam Harris jest znanym w Stanach propagatorem ateizmu i sekularyzmu. W Polsce może być nieco mniej znany bo, co ciekawe, nie doczekaliśmy się wydania żadnej z jego książek: The End of Faith, Letter to a Christian Nation i The Moral Landscape. Tematyka tej ostatniej jest tematem opisywanej dyskusji, choć słowo dyskusja nie wydaje mi się tutaj do końca trafione, bo przez 90% czasu mówi Harris. Przez pierwsze trzydzieści minut nagrania, trwającego sumarycznie godzinę i 17 minut, prowadzi zwykły wykład. Następnie zasiada do rozmowy z Dawkinsem, przy czym Dawkins ogranicza się głównie do zadawania Harrisowi pytań na temat jego poglądów. Końcówka to pytania publiczności.

O czym jest dyskusja łatwo wywnioskować z jej tytułu - o relacji pomiędzy moralnością a nauką. Harris argumentuje, że nauka ma pełne prawo wypowiadać się o moralności i ludzkim szczęściu, gdyż są to wartości obiektywne. Ich odczuwanie wynika zarówno ze stanów otoczenia, a te jak najbardziej dają się mierzyć (podobnie zresztą jak aktywność naszego mózgu, choć jeszcze nie zawsze potrafimy ją dokładnie zinterpretować). Harris odrzuca stwierdzenie, że nauka może jedynie opisywać to co jest, a nie może się wypowiadać w kwestii tego jak powinno być. Przekonuje również, dlaczego religia nie jest obecnie najlepszym wyznacznikiem moralności (odrzucając jeszcze przy okazji relatywizm kulturowy) i dlaczego nauka może zaoferować lepsze odpowiedzi. Dyskusja jest z założenia mocno filozoficzna, nie dziwi więc że Harris porusza kwestię dobra i zła czy szczęścia - zarówno jednostkowego jak i społecznego.

Tak to w skrócie wygląda. Całości nie będę streszczał, ale zachęcę do obejrzenia jeśli macie akurat wolny wieczór. Na zachętę krótki cytat Harrisa:
I just want to suggest to you: just as we don't have Christian physics - though the Christians invented physics - and we don't have Muslim algebra - though the Muslims invented algebra - we, at some point, will not have Christian and Muslim morality. The truth has to float free from these provential ideas.
Całość można obejrzeć bez ściągania na YouTube.

22 grudnia 2009

Cudowne objawienie


Tak z okazji świąt, cudowne objawienie Maryi. Komentarz chyba zbędny?

4 listopada 2009

O krok do przodu

Wczoraj onet doniósł: Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyznał 5 tysięcy euro odszkodowania za straty moralne Włoszce, której dzieci musiały chodzić do szkoły w której wiszą krzyże w klasach. Kobieta wpierw prosiła o usunięcie krzyży dyrekcję szkoły, potem walczyła we włoskich sądach i dopiero przez Trybunałem udało się jej wygrać. Przyznam, że kiedy to przeczytałem nie mogłem uwierzyć. Wydaje się to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Tak, czekam na dzień w którym krzyże znikną z urzędów, szkół i wszelkich innych instytucji państwowych. Wolałbym jednak, aby ta zmiana nie odbyła się poprzez wyroki sądowe. Chciałbym, aby katolicy uświadomili sobie, że wywieszanie symbolu ich wiary w instytucjach państwowych jest po prostu złe i niewłaściwe i może przeszkadzać innym. Z tym niestety jest dosyć ciężko w naszym kraju. Przypomina mi się sytuacja z moich studiów. Otóż któregoś dnia w głównej auli wykładowej mojego wydziału pojawił się krzyż. Na forum internetowym wydziału rozgorzała dyskusja, która podzieliła studentów (mniej więcej połowa osób popierała inicjatywę, druga połowa była jej przeciwna). Smutny wniosek jaki z niej wyciągnąłem - spora część osób wierzących po prostu nie potrafi zrozumieć, że krzyż może przeszkadzać niewierzącym (godnym odnotowania faktem jest to, że również część osób wierzących uznała powieszenie krzyża w auli za niestosowne). Co więcej, głównym argumentem tych osób było stwierdzenie, że zdjęcie krzyża będzie ograniczeniem ich wolności wyznania. Szczyt hipokryzji.

18 sierpnia 2009

Wzloty głupoty, czyli pamiątka z Wrocławia

Pojechałem na dwa dni do Wrocławia, żeby trochę pozwiedzać miasto. Głównym punktem programu było odwiedzenie ZOO, a także ogrodu japońskiego i ogrodu botanicznego. Wszystkie one są fantastyczne i każdemu kto będzie miał okazję gorąco polecam (szczególnie ogród botaniczny przypadł mi do gustu). No i oczywiście nie sposób zwiedzać Wrocławia bez obejrzenia Starego Miasta i jego licznych zabytków, w tym licznych katedr i kościołów. Tutaj wtrącę, że choć mój stosunek do religii jest bardzo negatywny, to zachwyca mnie dawna architektura sakralna. Tak właściwie to zachwyca mnie dawna architektura, a że w dawnych czasach cała sztuka koncentrowała się ona wokół religii to większość zabytków z tego okresu stanowią kościoły. W jednym z kościołów na Ostrowie Tumskim natknąłem się na prawdziwą "perełkę". W przedsionku kościoła wisi taki oto plakat:
Jak to zobaczyłem to mi szczęka opadła (dodam, że w kościele na ławach rozłożone były ulotki Ligi Polskich Rodzin). To może na początek zacytują Wikipedię:
Bałwochwalstwo, idolatria (gr. eidolon - obraz lub posąg, latreia - kult) - grzech w religiach abrahamowych polegający na oddawaniu czci przedmiotom i ludziom jako bóstwu.

W chrześcijaństwie bałwochwalstwo obejmuje wszelkie formy otaczania czcią, poświęcania uwagi przedmiotom kultu a także ludziom-idolom. Bałwochwalstwem jest poświęcanie nadmiernej uwagi czemukolwiek i komukolwiek, co ograbia chrześcijanina z czasu jaki powinien poświęcić na oddawanie czci Bogu. Oddawanie jednocześnie czci obcym bogom, innym niż głosi tradycja apostolska i Biblia.
Według plakatu przejawami bałwochwalstwa są Harry Potter, tatuaże, hipnoza, kursy szybkiego uczenia, joga, wschodnie sztuki walki i techno! Ręce opadają. No dobrze, rozumiem tego Harry'ego Pottera. W końcu Daniel Radcliffe przyznał, że jest ateistą i że bardzo szanuje Richarda Dawkinsa:
I'm an atheist, but I'm very relaxed about it. I don't preach my atheism, but I have a huge amount of respect for people like Richard Dawkins who do. Anything he does on television, I will watch.
A co z resztą pozycji na tej liście? Jeśli ktoś jest zainteresowany, to może poczytać sobie politowania godne artykuły w internecie. Pozwólcie, że zacytuję jeden fragment artykułu poświęconego homeopatii:
Jednym z filarów w reklamie homeopatii jest brak skutków ubocznych. Jednak nie jest to cała prawda, one występują tylko są innej natury. U osób, które przez dłuższy czas zażywały środki homeopatyczne pojawiają się trudności w sferze duchowej. Ostatnie badania jakie przeprowadził ks. prof. Nowosielski wskazują, iż osoby zażywające preparaty homeopatyczne wykazują nieufność do Boga Ojca.

Egzorcyści potwierdzają, że w swojej praktyce spotkali się ze zniewoleniem, u którego źródeł była homeopatia. Wydaje się to niewiarygodne ale czyż nie dzieje się tu podobnie jak przypadku alkoholizmu, który rozpoczyna się od niewinnego piwa, a narkomania od „trawki”. Na podstawie obserwacji można z całą pewnością stwierdzić, że skuteczna czy nieskuteczna homeopatia zawsze niesie ze sobą problemy takie jak oschłość duchowa, brak radości i pokoju, zaburzenia psychiczne, depresje, brak poczucia sensu życia, nieuzasadniony niepokój, zniechęcenie, opór przed modlitwą.

Niejednokrotnie prowadziłam dyskusje z osobami bardzo wierzącymi, które za nic nie chciały pozbyć się swoich fiolek z granulkami, jak gdyby od nich zależało ich życie. Jeżeli wiemy, że te leki szkodzą naszej duszy, naszej relacji z Bogiem jest to wystarczający powód aby je odrzucić. Jestem przekonana, że jeżeli ze względu na Boga pozbędziemy się ich ze swojej apteczki, Bóg wynagrodzi ten wybór.
Aż ciężko uwierzyć, że żyjemy w XXI wieku.

30 lipca 2009

Jaszczurki z piekła chcą nam WPROWADZIĆ CHIPY!

Dziś w skrzynce pocztowej (zwykłej, nie elektronicznej) znalazłem następującą ulotkę:


Co to ma być? W pierwszej chwili myślałem, że scjentologia, ale chyba nie. Po krótkich poszukiwaniach w internecie trafiłem na artykuł sprzed kilku miesięcy dotyczący tej sekty. Niestety szykuję się do wyjazdu i nie mam czasu na rozpisywanie się, ale jedną rzecz muszę skomentować.
Ich przekaz na pewno nie trafi do ludzi w dobrym stanie psychicznym, ale do osób, których światopogląd wykracza poza rzeczywistość, które nie potrafią zweryfikować tego, co jest prawdą, a co nie.
Niewątpliwie prawda. Szczytem ironii jest jednak fakt, że słowa te padają z ust księdza!

Powyższa ulotka, poza poprawieniem mi humoru na cały dzień (głównie przez dosyć toporną polszczyznę), skłoniła mnie do refleksji na temat tego jak łatwo ludzie wierzą w różne kretynizmy. Smutne to, ale widać takimi już nas ewolucja ukształtowała.

PS. Ten cały Astar Seran ma nawet swój profil na Facebooku.

9 lipca 2009

Nauka a kreacjonizm: Włącz swoją inteligencję

W 2007 roku, a więc względnie niedawno na polskim rynku nakładem CiS ukazała się książka "Nauka a kreacjonizm: o naukowych uproszczeniach teorii inteligentnego projektu" (w oryginale: "Intelligent Thought: Science Versus the Intelligent Design Movement") będąca zbiorem szesnastu esejów pod redakcją Johna Brockmana. Książkę tą omijałem szerokim łukiem. Powód? Ależ proszę bardzo: kreacjonizm to totalny absurd, teoria inteligentnego projektu to kreacjonizm w przebraniu, po co więc poświęcać czas na czytanie krytyki koncepcji o której i tak nie da się niczego pozytywnego napisać? Ostatnio jednak zmieniłem zdanie i uznałem, że może jednak warto dowiedzieć się co na temat ID mają do powiedzenia współcześni naukowcy. Wśród autorów esejów znajdują się m.in. Jerry A. Coyle, Daniel C. Dennett, Richard Dawkins, Steven Pinker czy Lee Smolin. Reszta nazwisk jest mi obca - z reguły są to profesorowie z amerykańskich uniwersytetów, będący przy okazji autorami książek popularnonaukowych. Pełna lista autorów dostępna jest na stronie CiS.

Jak więc prezentuje się książka? Po pierwsze nie do końca byłem pewien czego właściwie od książki oczekuję. Może to i lepiej, bo nie mając sprecyzowanych oczekiwań miałem mniejsze szanse na rozczarowanie. Przede wszystkim książka jest pisana - jak już wspomniałem - przez amerykanów i odnosi się do amerykańskich realiów. Osoby śledzące działania kreacjonistów w Ameryce wiedzą, że sytuacja wygląda niewesoło (w tym miejscu pragnę przypomnieć jeden z niedawnych wpisów, poświęcony Expelled). Co rusz słychać o kolejnych legislacyjnych próbach wprowadzenia ID na lekcjach biologii. Na szczęście z reguły są to próby nieudane, ale ilość takich inicjatyw jest zatrważająca. Jeszcze straszniejsze jest to, że ruch ID ma bardzo duże szanse na przekonanie do siebie sporej części niezbyt dobrze wykształconego amerykańskiego społeczeństwa. To właśnie te zagrożenia stanowiły impuls do powstania omawianej książki.

Eseje umieszczone w "Nauka a kreacjonizm" trzymają różny poziom. Niektóre niezwykle wciągają, inne można skwitować wzruszeniem ramion (rozczarował mnie Dawkins, którego esej obraca się wokół jednego argumentu przeciw ID: kto zaprojektował projektanta?). Tak naprawdę to tematyka samych esejów jest bardzo rozległa: niektóre skupiają się na wykazywaniu nienaukowości ID (np. bardzo dobry esej Dennetta), inne nie wspominają o ID ani słowem, a zamiast tego skupiają się na dowodach ewolucji (świetne eseje Tima D. White'a o ewolucji człowieka i Neila H. Shubina o przejściu ewolucyjnym od ryb do zwierząt lądowych). Niestety, jak dla mnie całość jest trochę chaotyczna. W jednym momencie czytam o ewolucji moralności, by za chwilę przeskoczyć na kosmologię. Po przeczytaniu esejów uświadomiłem sobie, czego podświadomie oczekiwałem od książki: pewnego rodzaju wsparcia merytorycznego w dyskusji ze zwolennikami kreacjonizmu bądź poglądów, że Kościół wspiera ewolucję. Z tego zadania książka wywiązuje się w ograniczonym zakresie. Najbardziej przydatny pod tym względem jest aneks do książki zawierający fragment uzasadnienia orzeczenia amerykańskiego sądu okręgowego środkowego Okręgu Pensylwanii w sprawie Kitzmiller vs. Dover (była to sprawa wytoczona Dover Area School Distrcit po tym jak rada szkolna w Dover wprowadziła ID do programu nauczania). Fragment orzeczenia streszcza przebieg procesu, zeznania biegłych (m.in. kompromitujące zeznania profesora Behe, będącego jednym z głównych promotorów ID) i stanowi skondensowaną dawkę świadectw i argumentów przeciwko ID.

Duży plus należy się wydawnictwu CiS za posłowie do polskiego wydania. Poświęcone jest ono wypowiedzi wiceministra edukacji Mirosława Orzechowskiego, który w październiku 2006 stwierdził m.in. że
"Teoria ewolucji to kłamstwo. Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim, mogłaby np. stać się kanwą filmu science fiction. "
Wypowiedź ta odbiła się dużym echem w kraju (i niewielkim za granicą, chociaż komentowało ją nawet "Nature"). Posłowie przytacza listy protestacyjne wystosowane przez instytucje naukowe i/lub kościelne w sprawie wypowiedzi ministra. W momencie wydawania książki była to sprawa dosyć świeża. Na szczęście mamy już za sobą czasy kiedy ignoranci z LPR piastowali stanowiska w Ministerstwie Edukacji.

Dla porządku dodam, że polskie wydanie trzyma standardy CiSu. Twarda okładka, dobry papier (przynajmniej ja bardzo taki lubię), solidne tłumaczenie opatrzone dodatkowo przypisami. Na minus kilka literówek i koszmarna okładka (wygląda jakby składano ją na kilka godzin przed oddaniem książki do druku).

"Nauka a kreacjonizm" to książka w miarę dobra. Nie żałuję czasu poświęconego na jej przeczytanie, ale też nie żałuję, że do tej pory ją omijałem. Owszem, znajduje się w niej sporo naprawdę ciekawych esejów, można dowiedzieć się co nieco o ewolucji czy o samym ID, jednak po skończonej lekturze odczuwam pewien niedosyt (a może niesmak?). Myśl przewodnia jest luźno potraktowana, dlatego w rezultacie mamy nieco chaotyczną książkę o wszystkim. Mi to momentami przeszkadzało. Ponadto cena - 38 złotych - sprawia, że warto się mocno zastanowić przed zakupem. Myślę, że te pieniądze można zainwestować w lepszą lekturę.

7 lipca 2009

29 czerwca 2009

Expelled: Wyłącz swoją inteligencję

Nieco ponad rok temu przez zachodnią blogosferę naukową przetoczyła się prawdziwa burza. Wszystko za sprawą filmu pod tytułem "Expelled: No Intelligence Allowed", czyli "Wydaleni: Zakaz wstępu dla inteligencji". Czemu film wywołał takie poruszenie? Otóż jest to pseudo-dokument będący kreacjonistyczną propagandą teorii inteligentnego projektu (z lenistwa dalej będę używał skrótu ID - Intelligent Design). No cóż, to że kreacjoniści walczą o uznanie nonsensów w które wierzą za naukę nie jest niczym nowym. Natomiast dużą niespodzianką i sporym sukcesem z punktu widzenia twórców filmu jest fakt, że pośród osób udzielających w nim wywiadów są Richard Dawkins, P.Z. Myers, Michael Shermer, Eugenie Scott czy Daniel Dennett. Pora opowiedzieć o tym w jaki sposób producentom udało się wykorzystać wspomnianych naukowców do kręcenia filmu oraz o licznych kłamstwach zawartych w "Expelled".

Film rozpoczyna się dosyć populistycznym przemówieniem na temat wolności w wykonaniu prowadzącego film Bena Steina. "Dowiadujemy się", że to dzięki wolności Stany Zjednoczone są tym czym są, a także, że ta wolność jest dzisiaj poważnie zagrożona. Czemu? Tego dowiadujemy się z wywiadów, które Stein przeprowadza z kilkoma naukowcami i dziennikarzami. Okazuje się, że kariery tych osób zostały "zrujnowane" po tym, jak odważyli się napisać cokolwiek o ID. Przesłanie jest jednoznaczne: ID kwestionuje darwinizm*, jest teorią całkowicie naukową i nie ma nic wspólnego z religią. Naukowy "estabilishment" nie pozwala jednak na jej rozwijanie. Wszystkie próby badania ID są zwalczane, a osoby które cokolwiek napiszą o tej teorii są skończone. To jest właśnie to zagrożenie wolności o którym była mowa na początku. Do tego powtarzane są standardowe kreacjonistyczne slogany: teoria ewolucji nie jest udowodniona (nie wiadomo nawet czym jest gatunek, więc jak można mówić o teorii wyjaśniającej ich powstanie?) oraz istnieje kontrowersja na temat teorii ewolucji (owszem, kontrowersje były, ale jakieś 150 lat temu, bezpośrednio po jej opublikowaniu). Po licznych wywiadach tematyka filmu schodzi na zupełnie inne tory: holokaust. Autorzy filmu starają się wykazać, że to darwinizm doprowadził do masowej eksterminacji Żydów podczas II Wojny Światowej. Zwracam tutaj uwagę na słowo "darwinizm" - twórcy filmu posługują się praktycznie tylko nim, co w kontekście wypowiedzi zawartych w filmie ma przekonać widza, że to zwykła ideologia, kolejny -izm obok komunizmu czy nazizmu. Film kładzie duży nacisk na postawienie znaku równości między darwinizmem a masowym mordowaniem ludzi. Twórcy filmu nie są skończonymi idiotami (?), dlatego zostawiają sobie furtkę do wycofania się z tego stwierdzenia w wypowiedzi jednego z propagatorów ID, który twierdzi że darwinizm jest warunkiem koniecznym by doprowadzić do czegoś takiego jak holokaust, chociaż nie jest on warunkiem wystarczającym. Wprawdzie film nie chce nazwać tej insynuacji wprost, jednak publiczne wypowiedzi Steina nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości :
Kiedy patrzyliśmy na tego człowieka, to chyba był pan Myers, mówiącego jak wspaniali są naukowcy, pomyślałem sobie, że ostatnio kiedy naukowiec kazał coś zrobić któremuś z moich krewnych, było to polecenie pójścia pod prysznic żeby zostać zagazowanym... to było tak straszne że nie da się tego opisać słowami. I właśnie do czegoś takiego - moim zdaniem, to tylko moja opinia - prowadzi nauka. Miłość do Boga, współczucie i empatia prowadzi do miejsca pełnego chwały a nauka prowadzi do mordowania ludzi. [moje tłumaczenie, za tekstem z Wikipedii]
Opowiadając o powiązaniach holokaustu z Darwinem, Stein posuwa się nawet do całkowitego przeinaczenia cytatu z "Pochodzenia człowieka" w sposób, który jednoznacznie sugeruje że Darwin potępiał pomoc najsłabszym członkom społeczeństwa, podczas gdy rzeczywiste znaczenie pełnego cytatu jest zupełnie odwrotne.

Przerażające jest to, że film nie jest amatorszczyzną. Za produkcją stały spore pieniądze i spore przygotowania. Trzeba też przyznać, że Stein dobrze wywiązuje się ze swojego zadania prowadzenia filmu i wzbudzana w widzu niechęci do ewolucji. Wiarygodności produkcji dodają występujący w nim znani naukowcy. Jak to się stało, że wymienione przez mnie na początku osoby zgodziły się wystąpić w filmie będącym kreacjonistyczną propagandą? Odpowiedź jest prosta - ci naukowcy nie zgodzili się, zostali oszukani. Okłamano ich co do filmu w którym będą wykorzystane wywiady z nimi, a na etapie montażu przeprowadzone rozmowy odpowiednio zmontowano. W filmie występują także inne znane osoby: John Lennox, Alister McGrath oraz... Maciej Giertych. Nie wiem czy tym osobom przedstawiono prawdziwe informacje na temat filmu w którym zostaną wykorzystane wywiady z nimi.

Tak naprawdę można napisać bardzo dużo o kłamstwach w Expelled. Osoby zainteresowane odsyłam na stronę Expelled Exposed, której celem jest ujawnienie wszystkich "przekrętów" w filmie, począwszy od taktyk stosowanych przy wywiadach a kończąc na osobach, które rzekomo potraciły pracę przez publikacje o ID (jak się okazuje opisywane w filmie sytuacje w ogóle nie miały miejsca). Bardzo dobrym źródłem informacji jest również artykuł na Wikipedii, aczkolwiek powstał on w dużej mierze w oparciu o stronę Expelled Exposed.

Sporo działo się także w momencie wchodzenia Expelled do kin. Na uwagę zasługują dwa wydarzenia. Pierwsze z nich to pokaz przedpremierowy, na który mógł przyjść każdy, kto zarezerwował bilety przez internet. W praktyce okazało się jednak, że nie każdy. Otóż PZ Myers i Richard Dawkins postanowili udać się na pokaz. Myers został jednak zauważony i, na polecenie producenta filmu, wyrzucony (słowo expelled pasuje jak ulał) przez ochronę. Dawkinsowi udało się wejść. Hipokryzja tego wydarzenia jest niewiarygodna. Więcej informacji w rozmowie Dawkinsa z Myersem. Drugie, mniej spektakularne wydarzenie związane jest ze stroną filmu założoną na MySpace. Umieszczono tam ankietę z pytaniem czy ID powinno być nauczane w szkole. Po tym jak ponad 400 tys. osób zagłosowało na "nie" ankieta została usunięta ze strony (czy też wydalona, jeśli ktoś woli). Więcej na blogu Skeptico (polskie tłumaczenie tutaj).

Expelled narobiło rok temu sporo szumu. Prawdę mówiąc to chyba głównie dzięki naukowcom, bo podejrzewam (znaczy się: mam nadzieję), że film nie wyszedł poza grono radykalnych chrześcijan. O Expelled zrobiło się cicho. Czyżby koniec? Niestety, wygląda na to że nie. Jak donosi PZ Myers, szykuje się kolejny pseudo-dokument o Darwinie. W tym przypadku również wrobiono kilku naukowców w wywiady do filmu (tym razem padło na specjalistów od życia Darwina, m.in. Janet Browne). Już nie mogę się doczekać kolejnej "błyskotliwej" produkcji kreacjonistów. Co pozostaje? Po pierwsze zwalczać te absurdy, a po drugie pośmiać się trochę. Na koniec zapraszam do obejrzenia "Sexpelled: No intercourse allowed", krótkiej parodii "Expelled" przygotowanej przez Dawkinsa.




27 czerwca 2009

Historia ateizmu

Kontynuuję oglądanie filmów ściągniętych z Atheist Movies. Dzisiaj pora na omówienie krótkiej, trzyodcinkowej serii dokumentalnej "Atheism: A rough history of disbelief" (w wolnym tłumaczeniu "Ateizm: Zarys historii niewiary"). Narratorem serii jest Jonathan Miller. Seria została przygotowana przez BBC, co pozwoliło mi na oczekiwanie dokumentu wysokiej klasy. Oczekiwania całkowicie się sprawdziły. Pierwszy odcinek serii rozpoczyna się oczywiście wprowadzeniem do tematu. Miller rozpoczyna od opowiedzenia historii swojego "odejścia od wiary", która bardzo przypomina mi mój proces wychodzenia spod indoktrynacji. Mówi też, czemu nie lubi słowa "ateizm" i tutaj zatrzymam się na dłuższą dygresję.

Pisałem to już w jednym z komentarzy, ale ponieważ nie wszyscy czytają więc powtórzę to we wpisie. Nie lubię zbytnio określenia "ateista". Nie chodzi bynajmniej o to, że się wstydzę czy coś w tym stylu. Po prostu jest ono moim zdaniem bardzo niefortunne, ponieważ opiera się na zanegowaniu innego poglądu, a jak słusznie zauważył Lawrence Krauss w dyskusji z Dawkinsem, "ludzi nie interesuje to w co nie wierzysz, tylko to w co wierzysz". Poza tym gdyby ktoś jutro przedstawił niezbite dowody istnienia boga, to nie mógłbym nazywać już siebie ateistą, bo nie negowałbym istnienia czegoś co zostało niezbicie udowodnione. W omawianej serii Miller stwierdza ponadto, że kwestia tego że nie wierzy w boga nie zaprząta w ogóle jego myśli, dlatego też nie widzi potrzeby dla nazywania czegoś, co go w ogóle nie zajmuje. Trzeba jednak przyznać rację Colinowi McGinn, z którym Miller rozmawia w filmie i który zauważa następującą rzecz: dziś nikogo nie zaprząta myśl o bogach greckich, po prostu stwierdzamy, że kiedyś ludzie w nich wierzyli i tyle - koniec dyskusji na ten temat. Być może w przyszłości tak samo będzie się mówiło o bogu judeochrześcijańskim - krótkie stwierdzenie, że ludzie kiedyś w takiego boga wierzyli i tyle. Jeśli kiedyś do czegoś takiego dojdzie (a mam nadzieję, że tak będzie), to nie będzie to już ateizm, tylko post-teizm. Dzisiejszy ateizm to sprzeciw wobec Kościoła, próba przeciwstawienia się teizmowi, który uważany jest przez wielu racjonalistów za coś złego i niebezpiecznego. Nie lubię się przywiązywać do słów, ale brak odpowiedniego słownictwa i jednoznacznej terminologii często doskwiera. Nawet w pierwszym akapicie napisałem o "odchodzeniu od wiary" w cudzysłowach, bo przecież nie można od niej odejść jeśli tak naprawdę nigdy się nie wierzyło (ja, podobnie jak Miller, nigdy nie wierzyłem). Zamiast o "odchodzeniu od wiary", przez moment myślałem żeby napisać o "zwątpieniu", ale to określenie jest jeszcze gorsze, bo przecież nie mam cienia wątpliwości co do moich poglądów.

Tyle dygresji, pora wrócić do filmu. Pierwszy odcinek obejmuje okres starożytności (tutaj jest mowa oczywiście o greckich filozofach), drugi średniowiecze a trzeci okres od przełomu XVII i XVIII wieku do współczesności - Miller prezentuje historię i rozwój niewiary w istnienie sił nadprzyrodzonych w kolejnych epokach historycznych. Całość jest ciekawa i dobrze zrealizowana, a spokojna postać prowadzącego doskonale tutaj pasuje. Film poprzeplatany jest licznymi cytatami sławnych ateistów, agnostyków, deistów, pisarzy i filozofów recytowanymi przez Bernarda Hilla, poczynając od Epikura a na Homerze Simpsonie kończąc. Generalnie całość jest ciekawa, przynajmniej dla tak osoby tak słabo obeznanej z historią i filozofią, jak ja. Zarzucić mogę to, że seria jest za krótka, szczególnie trzeci odcinek zbliżający się do współczesności traktuje o wielu sprawach dosyć pobieżnie. Twórcy serii również dostrzegli fakt, że trzy odcinki to mało, dlatego też wypuszczono materiał, który nie zmieścił się w oryginalnej serii, jako "The Atheist Tapes". Jest to sześć godzinnych wywiadów z osobami, które wypowiadał się w "Atheism: A Rough History of Disbelief". Nie miałem jeszcze czasu tych wywiadów obejrzeć, ale zapowiadają się ciekawie. Drugim zarzutem, który mam do filmu, to wspomniane cytaty. Próbowałem zweryfikować dwa wybrane wyrywkowo, które szczególnie przypadły mi do gustu i okazało się, że Wikipedia podaje je, jako cytaty niezweryfikowane. Jeden z nich udało mi się w przybliżeniu zweryfikować poza Wikipedią, ale drugi najprawdopodobniej został źle przypisany. Cóż, twórcy filmu powinni chyba mieć nieco bardziej sceptyczne podejście (to się nazywa ironia losu). Nie zmienia to na szczęście faktu, że seria jest ciekawa i warto wygospodarować trochę czasu na jej obejrzenie.

22 czerwca 2009

The Genius of Charles Darwin

Kolejnym filmem ściągniętym przeze mnie z Atheist Movies jest trzyczęściowa seria "The Genius of Charles Darwin" prowadzona przez Richarda Dawkinsa. Każdy z ok. 48-minutowych odcinków poświęcony jest innemu tematowi. Oczywiście powstanie filmu wiąże się ściśle z Rokiem Darwina. Byłbym wielce zaskoczony, gdyby Dawkins nie wykorzystał takiej okazji do nakręcenia filmu (a jak dobrze wiemy jest to dla niego również okazja do napisania kolejnej książki, która ma się ukazać już we wrześniu).

Za oglądanie serii wziąłem się od razu po obejrzeniu dwóch opisywanych w poprzednim wpisie filmów Davida Attenborough. Było to dla mnie przyczyną pewnego szoku. Trzeba to od razu jasno podkreślić - choć wydaje się to oczywiste - Dawkins to nie Attenborough. Nie ma tu poetyckiego stylu, malowniczo przedstawiającego cudowność przyrody. Są twarde wypowiedzi Dawkinsa, ani trochę nie owijającego w bawełnę i mówiącego wprost, że natura jest brutalna, nie ma litości, a harmonia, którą dostrzegamy, to tylko pozór i w ostatecznym rozrachunku the fittest will survive. Mając to w świadomości możemy już spokojnie oglądać.


Pierwszy odcinek jest dosyć ogólny. Dawkins opowiada o powstaniu teorii ewolucji (nie jest to aż tak dokładnie przedstawione jak w filmie "Karol Darwin i drzewo życia"). Omawia również mechanizmy ewolucji, w szczególności dobór naturalny (tutaj z kolei przewaga nad wspomnianym filmem Attenborough), a także prezentuje argumenty na rzecz teorii ewolucji. Ponadto konfrontuje swoje ewolucyjne poglądy z grupą brytyjskich nastolatków, które o ewolucji nie wiedzą aż tak dużo jak by sobie tego Dawkins życzył i, co gorsza, w większości wyznają kreacjonistyczne poglądy o stworzeniu życia. O ile Dawkins posiada niesamowity talent do wyjaśniania rzeczy trudnych prostym językiem, o tyle jego dar przekonywania w bezpośredniej dyskusji nie jest chyba aż tak powalający. Przynajmniej ja mam dziwne wrażenie, że w do rozmowy z nastolatkami podchodzi momentami z pewnym zażenowaniem. Z drugiej strony jednak zmuszony jest do opowiadania banałów - o tym że gady wyewoluowały od płazów, ptaki od gadów itp. Drugi odcinek jest o wiele ciekawszy, dotyczy bowiem zastosowania teorii ewolucji do człowieka, w szczególności socjobiologii. Dawkins rozmawia z Richardem Leakey'em, który prezentuje w skrócie ewolucję człowieka na podstawie skamieniałości czaszek. Następnie pora na konfrontację z kenijskim biskupem, który sprzeciwia się wystawieniu takich skamieniałości dla publiczności (ściślej mówiąc, to sprzeciwia się umieszczaniu przy nich informacji o ewolucji). Ponadto w odcinku występuje także Steven Pinker, dyskutowane są podobieństwa między ewolucją a ekonomią. Pojawia się także temat eugeniki, tym razem we współczesnym wydaniu, czyli kobiety selekcjonujące ojca swojego dziecka w banku spermy. Trzeci odcinek poświęcony jest już w całości konfrontacji ewolucji i religii. Dawkins rozmawia z wieloma osobami, począwszy od fanatyków religijnych odrzucających ewolucję całkowicie, poprzez nauczyciela nauki (u nas w kraju chyba nie ma bezpośredniego szkolnego odpowiednika takiego przedmiotu), który twierdzi że Ziemia ma mniej niż 10000 lat, oraz arcybiskupa Cantenbury, który stara się pogodzić naukę i religię, a kończąc na grupie nauczycieli, którzy twierdzą że wprawdzie uznają całkowicie naukę, ale nie chcą mówić uczniom, że ich poglądy religijne są sprzeczne z nauką.

Podsumowując, pierwszy odcinek jest przeciętny, dwa pozostałe są o wiele ciekawsze i sprawiają, że warto poświęcić trochę wolnego czasu na obejrzenie całości. W polskiej telewizji się raczej Dawkinsa nie doczekamy, pozostaje więc wspomniany na początku blog albo sprowadzenie wydania DVD. Od razu nadmienię, że wydanie DVD składa się z trzech płyt, na których znajduje się 26 pełnych wersji wywiadów, których fragmenty znalazły się w serialu. W internecie udostępnione zostały wywiady z Danielem Dennettem, Stevenem Pinkerem, Randolphem Nesse, Peterem Singerem i ojcem George'm Coyne'm.

P.S. Na Atheist Movies można także znaleźć odcinek specjalny serii zatytułowany "The Genius of Charles Darwin - EXTRAS". Przyznam, że nie wiem czy oryginalnie ma on coś wspólnego z serią. Trwa pół godziny i składa się z trzech krótkich opowieści o ewolucji trzech wybranych gatunków zwierząt z Galapagos. Nie ma bezpośredniego związku z trzema odcinkami omówionymi wyżej.

17 czerwca 2009

Dwa filmy Davida Attenborough o ewolucji

Ostatnio trafiłem na rewelacyjnego bloga Atheist Movies. Nazwa trochę myląca, bo są na nim nie tylko filmy i nie tylko ateistyczne. Dla mnie największą gratką są oczywiście filmy o religii i ewolucji i nie ukrywam tutaj - nawiązując jeszcze do nazwy bloga - że stawianie znaku równości między ewolucją a ateizmem mi osobiście odpowiada. Chciałbym dzisiaj napisać krótko o kilku filmach ściągniętych z Atheist Movies.

Na początek film Davida Attenborough pt. "The Link. Uncovering our earliest ancestor?". Tak tak, chodzi o Idę, czyli o skamieniałość "lemura" sprzed 47 milionów lat, o której ostatnio zrobiło się głośno, gdyż ma to być nasz najwcześniejszy znany przodek (zwracam jednak uwagę na znak zapytania w tytule). Akurat sam moment ogłoszenia odkrycia mnie ominął. Wracam sobie z konferencji naukowej po tygodniu nieobecności, a tu mi ludzie o jakimś lemurze mówią. Na początku nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale szybkie śledztwo wszystko wyjaśniło. Uznałem, że obejrzenie filmu będzie najlepszą metodą nadrobienia braków. Od razu przyznam, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony film jest naprawdę niesamowity - kilkadziesiąt lat doświadczenia w kręceniu dokumentów przyrodniczych robi swoje i pod względem prezentacji David Attenborough jak zawsze stanął na szczycie zadania. Film jest wciągający, niesamowicie pobudza wyobraźnię i bardzo przystępnie przedstawia kolejne badania prowadzone nad skamieniałością. Jednak z drugiej strony razi mnie nieco sensacyjny charakter przedstawienia informacji. Naukowcy otwarcie mówią, że "w chwili opublikowania odkrycie to będzie niczym meteor uderzający w Ziemię". Panowie, nieco pokory! Ja rozumiem, że to niezwykle obiecujące znalezisko i potencjalny kamień milowy na miarę Lucy, a nawet większy - 47 milionów lat to jednak gigantyczny szmat czasu. Odkrycie zostało jednak dopiero co ogłoszone, nie przesądzajmy z góry o jego rewolucyjności. Poczekajmy aż szerokie grono naukowców uzyska dostęp do skamieniałości. Niech hipotezy postawione przez pierwszych badaczy zostaną krytycznie zweryfikowane przez środowisko naukowe. Dopiero z perspektywy czasu będziemy mogli ocenić czy Ida zrewolucjonizowała naszą wiedzę o pochodzeniu człekokształtnych. Tyle moich zastrzeżeń. Nie zmieniają one jednak faktu, że film zdecydowanie wart obejrzenia, przede wszystkim jako solidna i bardzo przystępna dawka informacji na temat tego co do tej pory wiemy o Idzie.


Kolejnym filmem ściągniętym z Atheist Movies jest, wspomniany już na blogu i emitowany w TVP, film "Charles Darwin and the Tree of Life". Prowadzącym jest David Attenborough i tym razem nie zawiódł ani odrobinę. Film jest bardzo przekrojowy i obejmuje nieprawdopodobną wręcz ilość informacji. W ciągu zaledwie godziny Attenborough prezentuje proces powstawania teorii ewolucji, wpływ podróży na Beagle na Darwina czy jego późniejsze badania w Down House i liczną korespondencję z hodowcami. Poznajemy prywatne życie Darwina, jego relacje z głęboko wierzącą żoną Emmą i przebieg pierwszego odczytu prezentującego teorię ewolucji. Tutaj drobna uwaga - do tej pory byłem przekonany, że Darwin dokonał odczytu osobiście. W rzeczywistości było jednak inaczej. Zarówno przemówienie Darwina jak i Wallace'a zostały odczytane przez sekretarza. Wallace był nieobecny, gdyż znajdował się w tym czasie w Indiach, a Darwinowi kilka dni wcześniej zmarł syn i był zdruzgotany po jego śmierci. Około pół filmu poświęcone jest temu co się działo po opublikowaniu "O powstawaniu gatunków", w szczególności przedstawiony jest przebieg sporu Darwina z Richardem Owenem. Końcówka filmu to krótki mini-wykład o ewolucji. Powtórzę się, ale jestem pod wrażeniem ilości faktów, które udało się umieścić w zaledwie godzinnym filmie. Narracja Davida Attenborough w jego prawdziwie poetyckim stylu nie pozwala ani na moment się nudzić. Jeśli ktoś chciałby poznać życie Karola Darwina i proces powstawania teorii ewolucji, a nie ma czasu na czytanie biografii, to ten film będzie doskonałym substytutem.

I na koniec informacja przydatna przy ściąganiu plików. Wszelkie materiały na Atheist Movies udostępniane są przez Rapidshare. W celu zautomatyzowania ściągania polecam wykorzystać skrypt zamieszczony w 31-szym numerze Dragonia Magazine. Skrypt napisany jest w Perlu z przeznaczeniem pod system Linux (użytkownicy Windowsa mają niestety pecha). Bardzo fajna sprawa, wystarczy umieścić w pliku tekstowym odpowiednie linki, a reszta zrobi się sama bez jakiegokolwiek udziału z naszej strony.

29 maja 2009

Dawkins vs. Lennox, runda druga

W lipcu zeszłego roku opisywałem na blogu debatę pomiędzy Richardem Dawkinsem i Johnem Lennoxem. Tak się złożyło, że zaledwie tydzień przed opublikowaniem tamtego wpisu, na stronie Richarda Dawkinsa pojawiła się druga debata z Johnem Lennoxem. Przyznam, że po rozczarowującym poziomie zaprezentowanym przez Lennoxa, przez wiele miesięcy nie mogłem się zebrać do wysłuchania drugiej debaty. Ostatnio mi się to udało. Zapraszam na rundę drugą dyskusji Dawkins kontra Lennox.

Przede wszystkim inna jest forma debaty. Poprzednio była to moderowana dyskusja z udziałem publiczności. Prowadzący rozmowę zadawał pytanie, bądź wygłaszał twierdzenie i prosił obu dyskutantów o ustosunkowanie się do niego w wyznaczonym czasie. Niestety, taka dyskusja była mało spontaniczna i ewidentnie było słychać, że obaj uczestnicy często chcieli mówić o czymś innym. Na szczęście druga debata nadrabia braki pod tym względem. Dawkins i Lennox dyskutują bez udziału publiczności, nie ma ustalonego odgórnie czasu wypowiedzi jak i tematów, które będą poruszane. Zdecydowany plus.

Tematyka debaty właściwie pokrywa się z poprzednią. Pojawiają się te same wątki w dyskusji, padają nawet te same argumenty, choć tym razem nieco bardziej rozbudowane. Rozmowa zaczna się od dyskusji na temat wydarzeń 11 września i tego jaki wpływ miały na powstanie "Boga urojonego", a także innych "neo-ateistycznych" książek (m.in. opisywane na blogu "Odczarowanie"). Szybko schodzi jednak na temat samej religii chrześcijańskiej. Przez zdecydowaną większość czas mówi Lennox, przedstawiając swoją argumentację. Niestety, merytorycznie prezentuje jeszcze niższy poziom niż w poprzedniej debacie i pogrąża się praktycznie z każdą wypowiedzią. Pozwolę sobie streścić, kilka co "ciekawszych" wypowiedzi, "argumentów" i poglądów Lennoxa (zakładam, że poglądy Dawkinsa są znane).

Przede wszystkim Lennox ma olbrzymi problem ze zrozumieniem tego, że jedno słowo może mieć kilka znaczeń. Po raz kolejny powraca argument "wierzenia swojej żonie" i Lennox w dalszym ciągu nie rozumie że co innego oznacza słowo "wiara" w sensie religijnym, a co oznacza "wiara" w sensie psychologicznym (wewnętrzne przekonanie). Mam generalnie wrażenie, że Lennox próbuje przekręcić znaczenia słów w taki sposób, aby pasowały do jego argumentacji i jednocześnie do światopoglądu naukowego. Kolejnym, po "wierze", słowem które stara się dostosować do własnych potrzeb jest słowo "dowód" (evidence). Otóż twierdzi, że są dwa rodzaje dowodów: obiektywne i subiektywne ("subiektywny dowód" - czy nie brzmi to jak oksymoron?). Te obiektywne, to takie które każdy może potwierdzić (czyli dowody w sensie naukowym). A te subiektywne to... no właśnie, nie może mi to przejść przez klawiaturę. Otóż dowody subiektywne to takie "dowody" o których ktoś wie (czuje wewnętrznie), że są prawdziwe, ale nikt inny nie jest w stanie tego zweryfikować i potwierdzić. Jeśli opadły wam ręce, to ostrzegam, że dalej nie będzie lepiej.

Dyskusja przechodzi płynnie na temat dogmatów chrześcijańskich. Otóż Lennox deklaruje, że wierzy dosłownie w zmartwychwstanie Jezusa, niepokalane poczęcie, zamianę wody w wino, wskrzeszenie Łazarza i inne cuda Nowego Testamentu. Tak, on w to wierzy dosłownie! Nie żadne tam metafory czy coś - było tak jak jest napisane. Stwierdzenie Dawkinsa, że dziewictwo Maryi wynikło z błędu w tłumaczeniu zostaje "odparte" rozbudowaną i nieco pokrętną argumentacją, za którą momentami trudno mi było nadążyć. Lennox przyznaje, że takie twierdzenia wymagają niezwykłych dowodów. Potem jednak zaczyna twierdzić, że takie dowody są. Zasadniczo - tu powraca argument z poprzedniej dyskusji - to co jest napisane w Biblii jest prawdą, bo Jezus powiedział, że to jest prawda. Lennox wpada w błędne koło twierdząc, że cuda w Biblii wzajemnie zaświadczają o swojej autentyczności. Zmartwychwstanie jest wg. Lennoxa faktem historycznym, udowodnionym i dobrze udokumentowanym (podkreśla tutaj, że istnieje na to wiele dowodów). Mówiąc krótko, wg. Lennoxa cała wiara chrześcijańska oparta jest na dowodach i ubolewa, że Dawkins nie potrafi tego dostrzec. Cóż, nie jestem specjalistą od psychologii, ale o ile pamiętam z wykładów, to ewidentnie wskazuje to na próbę poradzenia sobie z dysonansem poznawczym poprzez przyjęcie dodatkowego założenia (wcześniejsze próby przedefiniowania słów również wskazują na próbę rozwiązania dysonansu). Dawkins zadaje Lennoxowi bardzo trafne pytanie: dlaczego nie wierzy w analogiczne opowieści dotyczące cudów dokonywanych przez proroków innych religii (np. Mahometa). I tutaj Lennox odpowiada z rozbrajającą szczerością, że dowody świadczące o tym są... mało wiarygodne. Przyznam, że nie spodziewałem się takiego popisu hipokryzji po profseorze z Oxfordu.

Następnie jako temat dyskusji powraca Księga Rodzaju. Tym razem Lennox nie bierze jej dosłownie w tym sensie, że 7 dni stworzenia odpowiada siedmiu autentycznym dniom ziemskiego tygodnia. Niestety, Lennox jest przekonany, że skoro Księga Rodzaju mówi, że świat miał swój początek - co jest zgodne z aktualnie obowiązującą teorią naukową - to świadczy o prawdziwości zapisanych w niej słów. Dawkins argumentuje (podobnie jak w poprzedniej dyskusji), że do wyboru były dwie możliwości - Wszechświat miał początek bądź istnieje od zawsze w formie statycznej - i że trafienie jednej z nich nie jest niczym imponującym, a ponadto zdecydowana większość mitologii na świecie mówi o momencie stworzenia. Do Lennox'a oczywiście w żaden sposób to nie przemawia. Na pytanie Dawkinsa, skąd jakiś babiloński skryba mógł znać początek Wszechświata, Lennox wyznaje, że wierzy w objawienie. Pytanie Dawkinsa, czemu nie objawiono mu ewolucji spotyka się z odpowiedzią podpadającą pod dorabianie teorii do faktów. Otóż dowiadujemy się, że Biblia jest pro-naukowa. Nie mówi ludziom wszystkiego o świecie, po to żeby sami mogli go badać i odkrywać.

Tak to w skrócie wygląda. Przyznam, że po kilkunastu minutach (z nieco ponad pięćdziesięciu) miałem ochotę wyłączyć dyskusję. Lennox pogrąża się jeszcze bardziej niż poprzednio, a Dawkins wygrywa dyskusję pozwalając swojemu oponentowi najzwyczajniej w świecie wygłaszać swoje tezy. Naprawdę brakuje mi słów żeby dalej komentować wypowiedzi Lennoxa. Jedyny plus tej debaty to jej forma. Dobre wrażenie robi spokojne i pełne szacunku odnoszenie się do siebie oponentów jak również to, że potrafią w spokoju wysłuchiwać swoich racji bez wchodzenia sobie w słowo. Niestety, plusów merytorycznych brak. Od Dawkinsa nie dowiadujemy się nic nowego, a nad Lennoxowi można tylko autentycznie współczuć.

9 lutego 2009

Jacy jesteśmy

Zapraszam do zapoznania się z artykułem na temat ateistów w Polsce. Jak komuś uda się dotrzeć do pełnego raportu (pewnie będzie w jakimś piśmie naukowym) to dajcie znać w komentarzach. Badanie wygląda na ciekawe, chociaż ze skrótu zaprezentowanego przez prasę wiele wywnioskować się nie da. Jakoś nie dziwi mnie, że aż 70% ateistów to mężczyźni ani to że ponad 70% ateistów wzięło ślub kościelny (inna sprawa, że to smutne). Zaskakuje mnie natomiast stwierdzenie, że "70 proc. nie wierzy w żadną formę życia pozagrobowego". Jak to 70%? Czy tutaj nie powinno być 100%? W co w takim razie wierzy te 30% "ateistów"? Oto jest zagadka.

23 grudnia 2008

Celebrity deathmatch

Nudzę się właśnie w pracy i przeglądając onet trafiłem na prawdziwą świąteczną perełkę:
Krytykę i protesty rodziców wywołały słowa proboszcza z Novary na północy Włoch, który w czasie mszy świętej powiedział dzieciom, że nie istnieje ani święty Mikołaj, ani czarownica Befana, przynosząca zgodnie z tradycją prezenty w uroczystość Trzech Króli. Miejscowy dwutygodnik, który o tym poinformował, przytacza wypowiedzi rodziców dzieci, twierdzących wręcz, że mają one z tego powodu "zmarnowane Święta".

Proboszcz parafii Świętego Serca Dino Bottino, cytowany przez lokalną prasę, wyjaśnił: "powiedziałem dzieciom, że święty Mikołaj to bajka i nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim Bożym Narodzeniem".

- Powtórzę to jeszcze raz - dodał.

- Nie było moim zamiarem zranić kogokolwiek, ale ważne jest, by nauczyć się odróżnić rzeczywistość rodzącego się Jezusa od opowieści o świętym Mikołaju, bajki takiej samej, jak ta o Kopciuszku i Królewnie Śnieżce - podkreślił ksiądz.

Słucham? Czym różni się bajka o Jezusie od bajki o świętym Mikołaju? Święty Mikołaj żył naprawdę, podobnie Jezus (choć czytałem, że nie jest to w 100% pewne). Nasze współczesne wyobrażenie o obu postaciach nijak się ma do pierwowzorów, co jest oczywiste, bo nikt racjonalnie myślący nie oczekuje, że pierwowzór świętego Mikołaja w rzeczywistości roznosił prezenty wszystkim dzieciom na świecie, ani że Jezus chodził po wodzie czy zamieniał wodę w wino (choć potrafię sobie wyobrazić, że wielu sekretnie marzy o takiej mocy). Oczywiście, są też drobne różnice: Mikołaj oferuje grzecznym dzieciom zabawki a niegrzecznym rózgę (w naszym kraju - w innych krajach dzieciom grozi dostanie bryłki węgla albo wywiezienie do Hiszpanii). Jezus oferuje grzecznym dzieciom życie wieczne a niegrzecznym płomienie piekielne. Różni się jednak tylko forma, bo jedno i drugie to przecież stary i dobrze znany system motywowania za pomocą kija i marchewki, występujący pod niezliczoną ilością postaci (marchewka w postaci siedemdziesięciu-iluś dziewic czekających w raju wydaje się robić ostatnio sporą karierę).

Rozumiem czemu ksiądz powiedział to co powiedział. Święty Mikołaj to po prostu konkurencja, a wiadomo że z konkurencją się walczy (i to był nawet uczciwy chwyt). Mam tylko nadzieję, że ktoś (może rodzice, choć wątpię) uświadomi w miarę wcześnie tym dzieciakom, że wyczyny Jezusa to też wytwór ludzkiej fantazji i zdecydowanie nie należy podejmować ważnych decyzji dotyczący życia (swojego i innych) na podstawie jakichś bajek. Swoją drogą jest to doskonały przykład walki konkurencyjnych memów.

18 grudnia 2008

O(d)czarowanie

Z przykrością stwierdzam, że skończyłem czytać "Odczarowanie. Religia jako zjawisko naturalne" Daniela Dennetta*. A dlaczego z przykrością? Bo książka jest świetna, niesamowicie inspiruje do myślenia i kończy się zdecydowanie za szybko. Ponieważ książka jest tak dobra, postanowiłem zacząć jej recenzję od... ponarzekania na kilka rzeczy, tak żeby już mieć to z głowy i móc dalej bez przeszkód skupić się na dobrych stronach. Właściwie to moje zastrzeżenia skierowane są bardziej pod adresem polskiego wydawcy (PIW), niż autora. Po pierwsze: opóźnienie daty wydania, a właściwie to daty pojawienia się książki w księgarniach, o jakiś miesiąc. Po drugie, są drobne wpadki w tłumaczeniu. Nie wychwyciłem nic poważnego, ale w kilku miejscach widać, że tłumacz nie do końca rozumiał znaczenie oryginału i tłumaczył "na czuja" (no bo jak inaczej wyjaśnić dosłowne tłumaczenie zwrotów idiomatycznych?). Tyle narzekania. Pora na resztę.

Książka podzielona jest na 3 części, łącznie 11 rozdziałów i 4 dodatki. Podtytuł książki nie pozostawia większych wątpliwości co do tematyki. Główna teza całej książki jest taka, że należy rozpocząć zakrojone na szeroką skalę dogłębne naukowe badania wszelkich zjawisk religijnych. Od razu trzeba zaznaczyć, że książka nie jest w swojej wymowie antyreligijna, chyba że ktoś odbiera nawoływanie do badań jako atak na swoją wiarę (takie osoby pewnie się znajdą). Różni się więc znacząco od opisywanego przeze mnie "Traktatu ateologicznego" i "Boga urojonego". W przeciwieństwie do Onfraya (i w dużej mierze również Dawkinsa) Dennett nie gra na emocjach, robi wszystko by je wyciszyć i przekonać głęboko religijnych czytelników swojej książki do kontynuowania lektury. Podejrzewam, że większość wierzących odłożyło "Boga urojonego" po stwierdzeniu Dawkinsa, że "cel książki zostanie osiągnięty, jeżeli każdy wierzący po jej przeczytaniu zostanie ateistą". Dennett nie robi tak abstrakcyjnych założeń i nie przekonuje nikogo do porzucenia swojej wiary. Zwraca za to uwagę na istotne pytania, które powinny przyciągnąć uwagę każdej osoby wierzącej, np. "bez względu na to jaką religię wyznajesz, większość ludzi na świecie w nią nie wierzy. Dlaczego tak się dzieje?" Dennett zdecydowanie nie ucieka od trudnych pytań i nie przymyka oczu na znane fakty i trudne zarzuty stawiane naukowemu podejściu do religii.

No właśnie, podejście Dennetta bardzo różni się od tego co prezentuje Dawkins. Dennett podchodzi do religii o wiele bardziej realistycznie. Dostrzega jej dobre aspekty i kładzie na nie duży nacisk: "jest wiele osób twierdzących, że religia to najważniejsza rzecz w ich życiu i osoby te z pewnością mają dobre powody do tego, by tak twierdzić" (nie jest to dosłowny cytat, bo oczywiście jak zwykle nie zapisałem sobie na której stronie pada to stwierdzenie, sens jednak pozostaje). Oczywiście, zwraca również uwagę na fakt istnienia patologii, nie rozstrzyga jednak czy w religii przeważają dobre czy złe strony. Zamiast tego Dennett zwraca uwagę na naszą olbrzymią niewiedzę w tym temacie. Cała książka to właściwie jeden wielki spis naszej ignorancji w kwestiach religijnych. Dennett stawia całą listę pytań, wylicza zagadnienia i zjawiska do przebadania, a także zwraca uwagę na problemy jakie prawdopodobnie czekają badaczy. Prezentowane są też hipotezy mające wyjaśnić niektóre z obserwowanych zjawisk czy też samo pochodzenie religii. Autor podkreśla jednak, że to tylko teorie i spekulacje i w żadnym wypadku nie należy traktować tego co pisze jako całkowicie pewnych faktów.

Choć Dennett jest filozofem, to książka nie ma ani trochę filozoficznego tonu (nie licząc tego, że są w niej same pytania, a nie ma odpowiedzi). Owszem, stanowi ona ciekawe spojrzenie na ludzką naturę, ale do zrozumienia jej przesłania nie potrzeba żadnej specjalistycznej wiedzy - jest to książka popularnonaukowa w najlepszym możliwym wydaniu, z drugiej strony będąca potencjalnym źródłem wiedzy dla badaczy. Specjalnie dla nich autor zamieścił na końcu książki przypisy, uzupełniające treść o dodatkowe fakty i komentarze. Są też cztery dodatki, o typowo naukowym charakterze. Szczególnie gorąco polecam Dodatek B poświęcony nauce i zasadom dyskusji naukowej.

Cieszę się, że ta książka doczekała się wydania na polskim rynku (jednocześnie mam sobie za złe, że nie kupiłem "Słodkich snów" Dennetta, kiedy miałem okazję). "Odczarowanie" mnie naprawdę oczarowało. Kolejne rozdziały czyta się z prawdziwą przyjemnością i naprawdę ciężko było mi się oderwać od książki (nawet w sytuacjach w których wiedziałem, że mam ważniejsze rzeczy do zrobienia). Gorąco polecam wszystkim (także, a może przede wszystkim, wierzącym), bo naprawdę warto.

*) Z przykrością stwierdzam też, że sklecenie wpisu na blogu zajęło mi niewiele mniej czasu niż przeczytanie książki (w sensie ilości dni, nie w przeliczeniu na godziny). Pomysłów na przyszłe wpisy chwilowo brak. Recenzja kolejnej książki chyba nieprędko, bo wziąłem się za "Fiasko" Lema, a potem czekają "Dzieci Diuny". Czekam z niecierpliwością na zapowiedzi w serii +/- nieskończoność na rok 2009.

12 grudnia 2008

Święta święta

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi zbliża się pewien dylemat. Czy powinienem udać się na wigilię pracowników organizowaną w moim miejscu pracy? Jako osoba niewierząca oczywiście nie obchodzę świąt w sensie religijnym. Chcąc nie chcąc jest to dla mnie pewne wydarzenie o charakterze rodzinnym, gdyż rodzina zgodnie z tradycją święta obchodzi pomimo tego, że raptem jedna osoba jest wierząca. Wigilia dla pracowników nie jest bynajmniej w żaden sposób obowiązkowa (na jednym ze spotkań służbowych padło pytanie, czy ktoś chce by takowe spotkanie zostało zorganizowane i znalazło się kilku chętnych). Pojawia się oczywiście pytanie, jak w ogóle do całej sprawy podejść. Czy traktować taką wigilię pracowników jako obchodzenie święta religijnego, czy też po prostu jako spotkanie towarzyskie, na którym zgodnie z tradycją łamie się opłatkiem itp. No właśnie, a jak potraktować dzielenie się opłatkiem? Czy bardziej jest to element tradycji czy może raczej religii?

Po pewnym namyśle stwierdzam, że odpowiedź na mój dylemat jest prosta - niepójście na wigilię jest jedynym rozwiązaniem będącym w zgodzie z moim sumieniem. I w sumie nie sądzę, żeby ktokolwiek się na mnie z tego powodu źle patrzył (jeśli okaże się, że byłem w błędzie to na pewno poinformuję o tym). Ciekaw jestem jak jest w innych firmach i zakładach pracy (tak, to jest sugestia skierowana do was moi drodzy Czytelnicy, abyście się wypowiedzieli w komentarzach).

I na koniec mały bonus:


16 października 2008

The show must go on

Dziś mija 30 rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża. Nawet będąc niewierzącym ciężko tego nie zauważyć - w moim mieście od kilku dni na budynkach wiszą flagi państwowe, a pojazdy komunikacji miejskiej przyozdobione są dodatkowo flagami Watykanu. Przyznam szczerze, że zastanawiam się o co w tym wszystkim chodzi - tyle flag państwowych widuję co najwyżej 11 listopada. Tylko że 11 listopada jest, w przeciwieństwioe do 16 października, świętem narodowym. Podobno ta cała euforia bierze się z wielkiej roli jaką Jan Paweł II odegrał w obaleniu komunizmu w Polsce. Nie czuję się autorytetem historycznym, więc nie będę tego komentował w żaden sposób. Jeśli jednak ten powód jest prawdziwy, to ja się pytam, czemu takim samym kultem nie darzy się Lecha Wałęsy, który przecież odegrał kluczową rolę w obaleniu komunizmu (abstrahuję tutaj od jego późniejszej działalności politycznej, która może być różnie oceniana). Przyznam, że papieżomania i traktowanie Jana Pawła II jak by sam był jakimś bogiem jest dla mnie nieco irytująca. Przykładów manii jest mnóstwo: "kremówki papieskie", wybieranie JP2 na patrona szkół (jest on najpopularniejszym patronem w kraju) czy zmiany nazwy ulic, tak by jakaś duża ulica koniecznie nosiła jego imię. W Łodzi był pomysł, żeby przemianować Aleje Politechniki (czego bym nie darował). Ostatecznie zmieniono nazwę odcinka Alei Włókniarzy. Szkoda, bo włókniarze praktycznie zbudowali to miasto, a papież nie zrobił dla niego nic.

O ile pomniki stawiane w polskich miastach jakoś są mi obojętne, to "krzyże papieskie", które stawiane są na wielu szczytach polskich Beskidów, doprowadzają mnie do szału. Niszczenie w ten sposób górskiego krajobrazu jest dla mnie przykładem wyjątkowej głupoty. Innym przejawem papieżomani (a właściwie to chyba smykałki do interesów) jest pomysł jednej z łódzkich firm pogrzebowych, która wprowadziła na rynek trumny z wizerunkiem JP2. Zaprotestowała kuria, uznając pomysł za niestosowny (i prawdopodobnie plując sobie w brodę, że sami na to nie wpadli wcześniej). No cóż, Karol Wojtyła może i umarł, ale biznes kręci się nadal. Jak to mówią za oceanem, "the show must go on".

30 września 2008

Różności

Ostatnio nie mam czasu, żeby komentować na bieżąco niektóre kretynizmy, na które natykam się w sieci, a w szczególności na naszym ukochanym portalu Onet.pl. Pora nadrobić zaległości.

- po uruchomieniu Wielkiego Zderzacza Hadronów Onet zacytował słowa byłego przewodniczącego Papieskiej Akademii Nauk. Pozwólcie, że przytoczę interesujący mnie fragment (to na wypadek gdyby artykuły na Onecie zostały kiedyś skasowane):
"Boga nie można znaleźć przy pomocy eksperymentu" - tak przełomowe doświadczenie w ośrodku CERN w Szwajcarii przy użyciu Wielkiego Zderzacza Hadronów skomentował były przewodniczący Papieskiej Akademii Życia biskup Elio Sgreccia.
Watykański hierarcha, cytowany w czwartek przez dziennik "Corriere della Sera", odnosząc się do powtarzanych przy tej okazji opinii, że dzięki lepszemu poznaniu początków wszechświata i budowy materii będzie można odkryć tzw. boską cząsteczkę, odparł: "mówienie o jej poszukiwaniu nie jest właściwe".
No i nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Nie jestem specjalistą od fizyki współczesnej i nie znam zbytnio Modelu Standardowego. Pomimo tego doskonale zdaję sobie sprawę, że owa "boska cząstka" (bozon Higgsa) to "zwykła" cząstka elementarna, tak jak neutron czy proton. Jedyna niezwykłość polega na tym, że jej istnienie nie zostało do tej pory zaobserwowane, a tylko przewidziane teoretycznie. Jej zarejestrowanie ma być możliwe dzięki LHC. Nazwa "boska cząstka" została zaczerpnięta z tytułu książki i nie ma zupełnie NIC wspólnego z jakimkolwiek bogiem chrześcijańskim, hinduskim itd. Śmieszne (smutne?) jest to, że ktoś kto był przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia nie zdaje sobie z tego sprawy (może właśnie dlatego odwołano go ze stanowiska?).

- kolejna "sensacja" onetu. Pojawił się news o szumnym tytule "Sensacyjne odkrycie w dziedzinie ewolucji". Spodziewałem się, że to będzie coś głupiego, ale rzeczywistość jak zwykle okazała się jeszcze bardziej zaskakująca niż oczekiwałem:
Zanim na ziemi pojawiło się życie, toczyły się już procesy ewolucyjne – informuje RMF FM powołując się na naukowców z Uniwersytetu Harvarda.
Zanim doszło do ukształtowania się życia, pojawiła się tzw. pierwotna zupa cząstek, którą tworzyły m.in. białka i kwasy nukleinowe.
Równocześnie występował także mechanizm pewnej selekcji, dzięki którym pojawiały się związki o mniej skomplikowanej budowie wewnętrznej. Te bardziej pierwotne formy zaczęły z czasem wypierać te bardziej zaawansowane – informuje RMF FM.
Słucham? Pojęcie "pierwotnej zupy" jest już dosyć stare, a o doborze pomiędzy prostymi cząsteczkami zdolnymi do samoreplikacji pisał chociażby Dawkins już ponad 30 lat temu. Na czym ma polegać sensacyjność tego odkrycia? I w ogóle jakiego odkrycia? Tu nie ma mowy o tym co zostało odkryte. Chyba, że sensacyjność polega na tym, że prostsze cząstki wypierają te bardziej złożone, bo jak do tej pory zawsze słyszałem odwrotną wersję. Ktoś mi to wyjaśni?

- dostęp do strony Richarda Dawkinsa został zablokowany w Turcji. Powód? Jakiemuś muzułmańskiemu kreacjoniście nie spodobało się, że Dawkins skrytykował na swojej stronie jego książkę o dającym wiele do myślenia tytule "Atlas Stworzenia" ("Atlas of Creation"). Poszedł więc z tym do sądu, a ten nakazał firmie Turk Telekom zablokować możliwość wchodzenia na stronę. Temu samemu kreacjoniście udało się przekonać sąd do zablokowania w 2007 roku dostępu do milionów blogów internetowych hostowanych na serwisie wordpress.com. Pewnym pocieszeniem jest, że nie udało mu się doprowadzić do wstrzymania sprzedaży "Boga urojonego", gdyż sąd oddalił pozew.

Chciałem zakończyć ten wpis jakimś pozytywnym akcentem. Z pomocą przyszła Pharyngula, gdzie znalazłem tą krótką reklamę:



8 września 2008

Małpie amory

Ostatnio moją uwagę przykuła książka "Małpie amory i inne pouczające historie o zwierzęciu zwanym człowiekiem", od której zaroiło się na półkach empików (na półkach z literaturą popularnonaukową oczywiście). Autor - Robert M. Sapolsky - był mi zupełnie nieznany. Po przejrzeniu książki uznałem, że może ona być warta lektury. Był to strzał w dziesiątkę.

"Małpie amory" poświęcona jest przeróżnym aspektom biologii ewolucyjnej. Właściwie jest to zbiór stosunkowo krótkich (z reguły 10 stron) esejów, które publikowane były na przestrzeni kilku lat w różnych czasopismach (nie tylko naukowych). Eseje podzielono na trzy kategorie: geny i my, nasze ciała i my, społeczeństwo i my. Autor porusza w nich kwestie takie jak "geny czy środowisko", zachowania zwierząt i ludzi (teoria gier), socjobiologia (ciekawy esej o religiach) czy konflikt płci. Na końcu każdego tekstu umieszczona jest bibliografia i zalecane lektury, co ułatwia poszerzanie wiedzy z zakresu omawianego zagadnienia.

Książka wyróżnia się, na tle literatury popularnonaukowej, za sprawą stylu autora. Sapolsky pisze niezwykle lekko i humorystycznie, więc jeśli ktoś liczy na śmiertelnie poważne naukowe rozprawy to może poczuć rozczarowanie. Mi osobiście taki styl niezwykle przypadł do gustu. Lektura była niesamowicie pasjonująca m.in. dlatego, że treść esejów jest właściwie kontynuacją tematyki "O naturze ludzkiej" Wilsona, którą to skończyłem czytać dzień przed rozpoczęciem czytania "Małpich amorów". Na zakończenie tej krótkiej recenzji nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić "Małpie amory" jako lekką i pouczającą lekturę na letnie i jesienne wieczory.