Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewolucja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewolucja. Pokaż wszystkie posty

30 lipca 2016

Freedom Evolves: o ewolucji wolnej woli

Zgodnie z zapowiedzią w poprzednim poście udało mi się skończyć lekturę "Freedom Evolves" Daniela Dennetta. Przeprawa z książką była długa. Przywiozłem ją cztery lata temu z wakacji w Edynburgu. Za czytanie wziąłem się jakiś rok temu i po szybkim pochłonięciu sześciu rozdziałów nastąpił wielomiesięczny zastój. Miesiąc temu wznowiłem czytanie i dokończyłem cztery końcowe rozdziały.

"Freedom Evolves" została napisana w 2003 roku, a więc po recenzowanej kiedyś na blogu "Naturze umysłów" (1997), a przed "Słodkimi snami" (2005). Ważniejsze może jest jednak to że została napisana po "Consciousness Explained" (1992), czyli książce w której Dennett wykłada swoją teorię świadomości (tzw. model wielu szkiców) stanowiącą istotny element rozważań prowadzonych przez niego we "Freedom Evolves".

Centralnym tematem "Freedom Evolves" jest zagadnienie wolnej woli. Początkowe rozdziały książki skupiają się na związku pomiędzy determinizmem a wolną wolą, i przyznam że były dla mnie chyba najciekawszym i najbardziej pobudzającym do myślenia fragmentem książki. Determinizm zakłada, że zachowanie naszego wszechświata jest ściśle określone przez prawa fizyki i nie ma w nim miejsca na losowość. Oznaczałoby to, że to co zdarzy się za sekundę, za miesiąc czy za rok jest z góry określone obecnym stanem naszego świata i z punktu widzenia praw fizyki nie jest możliwe aby wydarzyło się cokolwiek innego. Trudno jest pogodzić się z myślą, że w tak skonstruowanym wszechświecie mamy jakąkolwiek możliwość podejmowania realnych decyzji, skoro wszystko jest z góry "ukartowane". Dennett poświęca jeden rozdział na szczegółowe wyjaśnienie idei determinizmu oraz wyposażenie czytelnika w narzędzia niezbędne do myślenia o determinizmie. Następnie, w rozdziale trzecim, wykłada swoją argumentację na rzecz tego że w tak skonstruowanym wszechświecie wolna wola jak najbardziej jest możliwa. Przyznam, że jest to jedna z tych koncepcji naukowych które bardzo opierają się intuicji. Trudno było mi zaakceptować wnioski Dennetta, ale nie mogąc znaleźć sposobu na ich podważenie w końcu uległem i uznałem je za słuszne. (Tu oczywiście muszę poczynić uwagę, że w kwestii filozofii trudno jest mi być krytycznym czytelnikiem ze względu na brak doświadczenia w tej materii.) Należy tu jeszcze nadmienić, że wcale nie mamy pewności czy nasz wszechświat jest w pełni deterministyczny - fizyka kwantowa coraz bardziej pokazuje nam, że może tak nie być. Dennett rozważa także i tą ewentualność, pokazując że nawet jeśli zjawiska kwantowe są niedeterministyczne to nic to nie zmienia z punktu widzenia naszej zdolności do podejmowania decyzji. W kolejnych rozdziałach Dennett omawia ewolucję wolnej woli. Należy zaznaczyć że chodzi tu bardziej o kolejne konceptualne etapy rozwoju, niż o konkretne, udokumentowane biologicznie etapy ewolucji - pamiętajmy że to książka filozoficzna, a nie biologiczna. Jeśli chodzi o dalsze rozdziały to mnie osobiście najciekawsze wydały się fragmenty w których Dennett skupia się na kwestiach moralności oraz tego jak możemy wykorzystać wiedzę o budowie naszej wolnej woli do tworzenia norm prawnych i społecznych (to już końcowe rozdziały).

"Freedom Evolves" bardzo pobudza do myślenia, choć nie będę ukrywał że czytanie książki po angielsku - polskiego wydania wciąż brak - stanowiło nie lada wyzwanie w jej odbiorze. Dość powiedzieć, że wcześniejsze książki filozoficzne Dennetta sprawiały mi trudności po polsku. Mimo wszystko czuję wewnętrzną motywację do sięgnięcia po kolejne książki Dennetta. Wydaje mi się, że rozsądnie byłoby przeczytać w końcu "Consciousness Explained", choć przyznam że rozmiar książki nieco mnie przeraża (ponad 520 stron, w porównaniu do niecałych 350 we "Freedon Evolves").

W ramach szybkiego uzupełnienia przeglądu wydawniczego sprzed dwóch tygodni dodam, że oprócz "Dźwigni wyobraźni i innych narzędzi do myślenia" na polskim rynku dostępne są także dwie pozycje których Dennett jest współautorem: "Nauka i religia. Czy można je pogodzić?" oraz "Filozofia Dowcipu", obie wydane przez Copernicus Center Press. Na przyszły rok zapowiedziana jest też nowa książka Dennetta pt. "From Bacteria to Bach and Back: The Evolution of Minds". Ponadto pojawiło się wznowienie "Elbow Room: The Varieties of Free Will Worth Wanting", pierwszej książki Dennetta (nie licząc zbioru esejów pt. "Brainstorms"). Nawiasem mówiąc to tematyka "Elbow Room" wydaje się znacząco pokrywać z "Freedom Evolves". Bardzo jestem ciekaw jak wypada ich porównanie i co nowego wniosła "Freedom Evolves" w stosunku do wcześniejszych koncepcji autora.

23 maja 2011

Co nauka może powiedzieć o moralności? Dyskusja

Znalazłem ostatnio na Atheist Movies dyskusję pomiędzy Samem Harrisem i Richardem Dawkinsem zatytułowaną "Who Says Science has Nothing to Say About Morality?". Sam Harris jest znanym w Stanach propagatorem ateizmu i sekularyzmu. W Polsce może być nieco mniej znany bo, co ciekawe, nie doczekaliśmy się wydania żadnej z jego książek: The End of Faith, Letter to a Christian Nation i The Moral Landscape. Tematyka tej ostatniej jest tematem opisywanej dyskusji, choć słowo dyskusja nie wydaje mi się tutaj do końca trafione, bo przez 90% czasu mówi Harris. Przez pierwsze trzydzieści minut nagrania, trwającego sumarycznie godzinę i 17 minut, prowadzi zwykły wykład. Następnie zasiada do rozmowy z Dawkinsem, przy czym Dawkins ogranicza się głównie do zadawania Harrisowi pytań na temat jego poglądów. Końcówka to pytania publiczności.

O czym jest dyskusja łatwo wywnioskować z jej tytułu - o relacji pomiędzy moralnością a nauką. Harris argumentuje, że nauka ma pełne prawo wypowiadać się o moralności i ludzkim szczęściu, gdyż są to wartości obiektywne. Ich odczuwanie wynika zarówno ze stanów otoczenia, a te jak najbardziej dają się mierzyć (podobnie zresztą jak aktywność naszego mózgu, choć jeszcze nie zawsze potrafimy ją dokładnie zinterpretować). Harris odrzuca stwierdzenie, że nauka może jedynie opisywać to co jest, a nie może się wypowiadać w kwestii tego jak powinno być. Przekonuje również, dlaczego religia nie jest obecnie najlepszym wyznacznikiem moralności (odrzucając jeszcze przy okazji relatywizm kulturowy) i dlaczego nauka może zaoferować lepsze odpowiedzi. Dyskusja jest z założenia mocno filozoficzna, nie dziwi więc że Harris porusza kwestię dobra i zła czy szczęścia - zarówno jednostkowego jak i społecznego.

Tak to w skrócie wygląda. Całości nie będę streszczał, ale zachęcę do obejrzenia jeśli macie akurat wolny wieczór. Na zachętę krótki cytat Harrisa:
I just want to suggest to you: just as we don't have Christian physics - though the Christians invented physics - and we don't have Muslim algebra - though the Muslims invented algebra - we, at some point, will not have Christian and Muslim morality. The truth has to float free from these provential ideas.
Całość można obejrzeć bez ściągania na YouTube.

13 lutego 2010

O ewolucji języka

Znowu popełniłem błąd! Jakiś czas temu dotyczył on "Naszej wewnętrznej menażerii". Tym razem konsekwentnie omijałem w księgarni książkę Robina Dunbara pt. "Pchły, plotki a ewolucja języka" (nie wiem skąd te pchły w tytule - w oryginale jest "grooming", czyli iskanie). Owszem, przejrzałem ją kilkukrotnie i uznałem nawet za potencjalnie ciekawą. Niestety, muszę się przyznać, że przy kupnie książek w dużej mierze kieruję się osobą autorem. Jeśli go nie znam, to maleją szanse na kupno książki. Usprawiedliwiam się tym, że muszę stosować jakieś kryterium przesiewania literatury dostępnej na rynku (no i tym, że na przeczytanie czeka u mnie aktualnie ok. 20 książek). Książkę Dunbara w końcu jednak kupiłem - nie mogłem się oprzeć 30% obniżce ceny w likwidowanym właśnie salonie Matrasu. No i teraz jest mi wstyd, że nie kupiłem jej wcześniej.

Robin Dunbar urodził się w 1947 roku. Ma więc już za sobą długą karierę akademicką oraz liczne osiągnięcia naukowe na koncie. Jak łatwo się domyślić z tytułu książki, Dunbar jest biologiem ewolucyjnym, specjalizującym się w ewolucji naczelnych. Znany jest z wyznaczenia tzw. liczby Dunbara, określającej ilość osób, które są w stanie utrzymać stabilne relacje towarzyskie pomiędzy sobą nawzajem (kwestia ta jest dokładnie omówiona w książce).

Tytuł książki jest trochę mylący. Nie chodzi już nawet o te "pchły" zamiast "iskania", ale o to, że książka jest nie tylko o ewolucji języka. Właściwie to kwestia ewolucji języka jest omawiana gdzieś dopiero w połowie książki i stanowi poniekąd zwieńczenie całego wywodu. Więc o czym jest na początku? W "Pchły, plotki a ewolucja języka" Dunbar przedstawia ewolucję zachowań społecznych u naczelnych. Ze szczegółami relacjonuje liczne badania nad zachowaniami współcześnie żyjących małp Nowego i Starego Świata. Analizuje relacje pomiędzy ich zwyczajami społecznymi a budową mózgu. Na podstawie tej analizy stawia tezę: iskanie służy u naczelnych zawiązywaniu sojuszy, a czas poświęcany na iskanie jest tym dłuższy im większe są grupy społeczne danego gatunku. No i tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Otóż zwierzęta łączą się w grupy w celu minimalizacji zagrożenia drapieżników w trakcie poszukiwaniu pokarmu. Oczywiście im większa grupa tym więcej pożywienia potrzeba na jej wyżywienie, a więc należy przeszukiwać większe terytorium, co z kolei zwiększa szansę natknięcia się na drapieżnika. Ponadto, im większa grupa, tym większy mózg jest potrzebny do utrzymania relacji społecznych, a mózg pochłania bardzo dużo energii. Zagrożenie ze strony drapieżników można też minimalizować zwiększając rozmiary ciała, ale to również powoduje zwiększenie zapotrzebowania energetycznego (znowu potrzeba przeszukiwać większe terytorium). Jest to typowy ewolucyjny problem utrzymywania balansu pomiędzy zyskami i stratami. No i bardzo istotnym problemem staje się utrzymanie spójności coraz większych grup. Jak już powiedziałem, tą rolę spełnia iskanie, jednak w miarę zwiększania grupy potrzeba na nie coraz więcej czasu. Właściwie to w pewnym momencie potrzeba na nie tak dużo czasu, że zabraknie go na poszukiwanie pożywienia. Pojawia się więc problem: jak dalej zwiększać liczebność grupy? Dunbar sugeruje odpowiedź: język. Według niego potrzeba zwiększania rozmiaru grupy pełniła rolę presji selekcyjnej ku ewolucji języka, który zastąpił iskanie. W celu potwierdzenia swojej hipotezy Dunbar analizuje zarówno dane kopalne jak i... bada tematykę rozmów pomiędzy współcześnie żyjącymi ludźmi.

To co napisałem powyżej, to tylko przedsmak tego, co oferuje książka. A do zaoferowania ma naprawdę dużo. Pierwsze i najważniejsze: Dunbar przytacza gigantyczną ilość relacji i wyników badań naukowych, ale książka nie jest suchym wywodem, który autor wlewa do głowy czytelnika. O nie! Tutaj trzeba włączyć się w tok myślowy autora i podążać za nim całą swoją uwagą, jak przy najlepszych książkach Dawkinsa. Inaczej niewiele wyniesie się z lektury. Dunbar pozwala też sobie na bardzo ciekawe dygresje, które stanowią uzupełnienie głównego wywodu myślowego (szczególnie zaciekawiły mnie informacje o zespole Aspergera i autyzmie). Ponadto stwierdzam, że książka świetnie uzupełnia się z "Trzecim szympansem", gdzie temat rozprzestrzeniania się języków i ich ewolucji został bardzo obszernie potraktowany. O ile jednak Diamond starał się odpowiedzieć na pytanie "jak zachodziły zmiany języków i jak języki się rozprzestrzeniały?", to Dunbar stawia sobie raczej za cel pytanie "dlaczego język powstał i dlaczego się zmienia?".

Wady książki? Właściwie brak, ale na siłę coś znajdę. Pierwsza to fakt, że książka ma już swoje lata (napisana w 1997). To sprawia, że na pewno na część pytań udało się już znaleźć odpowiedź. No i z pewnością pojawiło się wiele nowych wyników badań. Przyczepię się też, że w niektórych miejscach nie czuję się przekonany przez Dunbara. To znaczy autor w wielu miejscach pisze otwarcie, że to co mówi jest hipotezą. Przytacza oczywiście liczne dowody na jej poparcie, zastrzegając jednak, że może być w błędzie. W kilku miejscach jednak takich zastrzeżeń nie ma, a ja mam wrażenie, że to co napisał jest nie do końca potwierdzone. Od razu powiem, że dotyczyło to raptem kilku, raczej drugorzędnych, stwierdzeń w całej książce, a ja po prostu jestem chyba trochę wyczulony wiedząc, że będę potem recenzował książkę. Ponadto, w polskim wydaniu kilka razy ukłuło mnie w oczy tłumaczenie: "dobór seksualny" zamiast "doboru płciowego" (ang. sexual selection) oraz "dobór przez pokrewieństwo" zamiast "doboru krewniaczego" (ang. kin selection). No ale to już ekstremalne czepialstwo z mojej strony (zresztą może to ja się nie znam i tak właśnie powinno to być przetłumaczone?). Tak naprawdę tłumaczenie jest dobre i nie można mieć do niego żadnych poważnych zastrzeżeń.

Książka trafiła do rąk polskich czytelników dzięki wydawnictwu Czarna Owca w 2009 roku, powinna więc być bez problemu dostępna w ksiegarniach. Liczy sobie 270 stron, przy dosyć niewielkim formacie (a więc jest stosunkowo krótka). Cena: 34,90. Uczciwa, biorąc pod uwagę zawartość merytoryczną książki. Gorąco polecam. Zgaduję, że warto byłoby zainteresować się innymi tytułami tego autora. Na polskim rynku wydano jeszcze jedną książkę Dunbara pt. "Kłopoty z nauką". Ponieważ było to w 1996, więc oczywiście jedynym ratunkiem jest Allegro i antykwariaty.

11 lutego 2010

Cudze chwalicie, swojego nie znacie. "4 miliardy lat. Eseje o ewolucji"

Ciąg dalszy nadrabiania zaległości. Dziś kolejny zbiór esejów. Od ponad półtora roku recenzuję książki na tym blogu, ale jak do tej pory nie trafiła się chyba ani jedna książka polskiego autora (nie licząc "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd", ale to nie była książka popularnonaukowa). Pora to zmienić, bo przecież w naszym kraju mamy w końcu kilku popularyzatorów nauki. Jednym z nich jest Marcin Ryszkiewicz, znany mi wcześniej doskonale jako tłumacz książek popularnonaukowych. Dziś będzie o jego książce "4 miliardy lat. Eseje o ewolucji". Kupiłem ją poniekąd przypadkiem, trafiając na wyprzedaż w likwidowanej księgarni. Nie planowałem zakupu, ale skuszony niską ceną nie mogłem się oprzeć.

Esejów w książce jest całkiem sporo, bo aż 35, przy czym najkrótsze liczą zaledwie jedną stronę. Podzielono je na sześć kategorii: 'Egzobiologia', 'Biosfera i noosfera', 'Darwinizm i ewolucja', 'Socjobiologia', 'Człowiek to dziwne zwierzę' oraz 'Język i sztuka'. Już po samym wstępie książki - zatytułowanym "Luźna koncepcja starszego pana" - widać, że autor to "swój chłop". W samych esejach Ryszkiewicz porusza bardzo szeroki zakres tematów: od kanałów na Marsie i geologii, przez dziurę ozonową, historię Oetzi'ego (tzw. człowiek lodu) aż do sztuki ludów pierwotnych. Sądzę, że każdy znajdzie coś, co go zaciekawi. "4 miliardy lat" czyta się naprawdę z dużą przyjemnością, co jest zasługą zarówno ciekawego doboru tematyki jak i przystępnego stylu autora. Wspomnieć należy, że eseje ukazywały się wcześniej w różnych czasopismach (Newsweek, Polityka, Świat wiedzy, Gazeta Wyborcza). Na potrzeby wydania książkowego zostały przejrzane i uzupełnione.

"4 miliardy lat" wydał Prószyński i S-ka w 2007 roku. Pozycja liczy sobie 300 stron i jest całkiem sporego formatu. Polecam tą książkę z czystym sumieniem. Niestety, obecnie dostępna jest praktycznie tylko w obiegu wtórnym, tak jak inne książki Ryszkiewicza wydane przez Prószyński i S-ka: "Ewolucja. Od wielkiego wybuchu do Homo sapiens" oraz "Ziemia i życie. Rozważania o ewolucji i ekologii". Stosunkowo łatwo dostępną książką jest "Mieszkańcy światów alternatywnych, czyli Historia naturalna rozumu", którą bez problemu można kupić na Allegro. Myślę, że po tym co pan Ryszkiewicz zaprezentował w "4 miliardy lat" sięgnę jeszcze kiedyś po inne książki jego autorstwa.

2 lutego 2010

It's a trap, czyli jak nie należy wydawać książek (na przykładzie "O pochodzeniu człowieka")

Na początku grudnia na półkach sklepowych niespodziewanie pojawiła się książka "O pochodzeniu człowieka" Karola Darwina, wydana przez wydawnictwo Jirafa Roja. Moją początkową radość szybko przyćmiła refleksja na temat wydania "O powstawaniu gatunków", które jakiś czas wcześniej zafundowało nam to samo wydawnictwo. Było ono prawdziwym koszmarem wydawniczym. Fatalne tłumaczenie (nieprzetłumaczone fragmenty z francuskiego), praktycznie brak korekty, a także brak jakiegokolwiek komentarz naukowego - to trzy kardynalne zarzuty jakie można było postawić tamtemu wydaniu. Już z nieco mniejszym entuzjazmem sięgnąłem po "O pochodzeniu człowieka". Szybkie oględziny książki - literówka w spisie treści, a na odwrocie informacja, że książka posłużyła Hitlerowi do uzasadnienia swoich poczynań (pisałem o tym tutaj, warto też przeczytać ten wpis). Pomimo, że przeczuwałem co mnie czeka, zdecydowałem się na zakup. Rzeczywistość przerosła moje najczarniejsze przeczucia.

Nim przejdę do zmieszania wydawcy z błotem, pozwolę sobie napisać co nieco o książce jako takiej. Przede wszystkim "O pochodzeniu człowieka" w oryginale jest książką znacznie grubszą, podzieloną na dwie części. Pierwsza z nich dotyczy bezpośrednio pochodzenia człowieka, druga zaś jest poświęcona doborowi płciowemu (oryginalny tytuł to "The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex"). W Polsce wydawcy zwykli rozdzielać ją na dwie osobne książki: "O pochodzeniu człowieka" i "Dobór płciowy". Tak jest i tym razem. W "O powstawaniu gatunków" Darwin unikał tematu pochodzenia rasy ludzkiej od "zwierząt niższych". Na ostatnich stronach książki napomknął tylko: "Światło padnie na problem pochodzenia człowieka i jego historię". Oczywiście książka i tak rozpętała burzę. Wszyscy jasno rozumieli implikacje teorii Darwina. W "O pochodzeniu człowieka" Darwin postanowił zmierzyć się wprost z problemem ewolucji ludzi. Książka ukazała się w 1871 roku, 12 lat po pierwszy wydaniu "O pochodzeniu gatunków".

Tym razem Darwin mówi wprost - człowiek pochodzi od małpy, jego najbliższymi krewnymi są najprawdopodobniej małpy człekokształtne (zwane przez niego antropoidami), a małpy te żyją w Afryce, więc i ludzie najprawdopodobniej się stamtąd wywodzą (trzeba jasno podkreślić, że w tamtych czasach była to śmiała hipoteza, która nie miała poparcia w dowodach). Książka zawiera analizę władz umysłowych zwierząt oraz argumentację za tym, że różnice w tej kwestii między zwierzętami a ludźmi są wyłącznie natury ilościowej, a nie jakościowej. Pojawia się także analiza tematyki ras ludzkich, a także argumentacja za tym, że wszyscy ludzie - zarówno "cywilizowani" jak i "dzicy" - tworzą jeden gatunek. Z jednej strony w książce wyczuć można wiktoriańskie przekonanie o wyższości człowieka cywilizowanego nad dzikusami, ale z drugiej w wielu miejscach Darwin przeciwstawia się takiemu poglądowi. To co pisze przypomina także jako żywo podstawowe twierdzenia socjobiologii. Największym zaskoczeniem było dla mnie jednak coś zupełnie innego. W dzisiejszych czasach, gdyby ktoś zapytał jaka była naukowa alternatywa dla teorii darwinowskiej, zapewne pierwszą odpowiedzią jaka przychodzi do głowy jest lamarkizm. Lamarkizm, dzisiaj kojarzony z "dziedziczeniem cech nabytych", bywa często przeciwstawiany teorii Darwina. Dlatego gigantycznym zaskoczeniem jest to, że Darwin uznaje dziedziczność cech nabytych jako siłę napędzającą ewolucję w praktycznie takim stopniu jak dobór naturalny. W pierwszej chwili nie byłem pewien, czy Darwin naprawdę miał na myśli to co napisał, ale w miarę czytania książki wszelkie wątpliwości rozwiewają się - ojciec teorii ewolucji drogą doboru naturalnego uznaje dziedziczenie cech nabytych jako istotny czynnik wywołujący ewolucję.

A teraz przejdźmy do tego jak wygląda wydanie książki przez Jirafa Roja. W trakcie czytania natknąłem się na słowo "genetyczny". Trochę mnie to zastanowiło - nie byłem pewien, czy w 1871 roku takie słowo istniało. Podejrzewając wpadkę tłumacza, sięgnąłem do dostępnego w sieci oryginału. Podejrzenie było bezpodstawne, bo faktycznie Darwin używa słowa "genetic", jednak stwierdziłem coś innego. Książka powinna zawierać ilustracje, których w tym wydaniu brak! Sięgnąłem więc do skanów polskiego wydania z 1884 roku (również dostępne na podanej wyżej stronie). W tym wydaniu ilustracje są. Dalsze porównywanie tych wydań doprowadziło do kolejnych odkryć. Okazuje się, że wyleciały nie tylko ilustracje, ale także tekst w którym były odwołania do tych ilustracji. Czasami są to "tylko" akapity, czasami zaś kilka stron tekstu! Ponadto z nowego wydania całkowicie zniknął wstęp do książki. Mało atrakcji? Ależ proszę, jest więcej. Wyleciały również przypisy autora. Po dłuższej analizie tekstu - bo było kilka fragmentów w których coś mi bardzo nie pasowało - okazało się, że przypisy nie zniknęły całkowicie. Okazuje się, że niektóre z nich (te dłuższe) zostały włączone do głównego tekstu w formie akapitów. W rezultacie takiego zabiegu powstają dosyć rozpraszające nieciągłości wywodu. Co ciekawe, na jednej ze stron, ni stąd ni zowąd, przy trzech nazwiskach pojawiają się krótkie przypisy redakcji, wyjaśniające w jednym zdaniu kim była dana osoba i w jakich latach żyła. No bardzo fajnie, tylko że książka najeżona jest nazwiskami ówczesnych przyrodników i jeśli już robić przy nich przypisy to konsekwentnie przy wszystkich, a nie przy osobach takich jak Galton. To niestety nie wszystko. Pod koniec książki ze zdziwieniem zauważyłem, że chochlik drukarski doprowadził do powtórzenia w moim egzemplarzu kilku stron. Będąc w księgarni przejrzałem kilka innych egzemplarzy i ze zdziwieniem stwierdziłem, że w nich również powtarzają się strony. Nie wiem czy to felerna partia, czy też cały nakład cierpi na tą przypadłość. Żeby jeszcze bardziej skopać leżącego dodam, że korekta w "O pochodzeniu człowieka" jest tragiczna. Liczne literówki, brakujące litery, kropki zamiast przecinków itp. dopełniają obrazu rozpaczy.

Nie wiem jak to wszystko podsumować. Cieszy fakt, że jest wydawnictwo, które wydaje na naszym rynku takie książki jak "O pochodzeniu człowieka". Jak by nie patrzeć, docelowa grupa czytelników nie jest chyba zbyt liczna. Z drugiej strony żal nie-powiem-co ściska, kiedy patrzy się na to jak niechlujnie, amatorsko i na odwal została wydana książka. Czy warto kupować? Sama książka jako taka jest pozycją obowiązkową dla osób zainteresowanych historią nauki. Radość z czytania psuje jednak kiepskie wydanie. Dręczy mnie również pytanie jak daleko posunęły się ingerencje wydawcy w oryginalny tekst książki. Osobiście nie miałem czasu, żeby porównywać akapit po akapicie z tekstem zamieszczonym w internecie i "zadowoliłem" się przeanalizowaniem trzech początkowych rozdziałów, co pozwoliło mi na dojście do powyższych wniosków. Czy warto kupować akurat to wydanie? Jeśli ktoś chce mieć "O pochodzeniu człowieka" na własność, to niestety nie ma większego wyboru, choć można próbować upolować stare wydania PWRiL, które od czasu do czasu pojawiają się na Allegro.

Na koniec pytanie do czytelników bloga. Czy ktoś czytał inne książki wydane przez Jirafa Roja w tej samej serii? Mam ochotę na "Prawo ludności" Malthusa, "O naturze wojny" Clausewitza i "Manifest komunistyczny" (wiadomych autorów), ale jeśli mam przechodzić przez podobne męczarnie jak z książkami Darwina, to sobie odpuszczę.

2 stycznia 2010

Avatar

Byłem w zeszłą środę w kinie na "Avatarze" Jamesa Camerona. Film - pomimo przewidywalnej od początku do końca fabuły i schematycznych postaci - jest niesamowity (tak, planuję iść na niego jeszcze raz). Następnego dnia wchodzę na Pharyngulę i okazuje się, że PZ Myers też ma coś do powiedzenia w kwestii "Avatara":
The planet Pandora is the real star, anyway, and it's inhabited by strange alien creatures that exhibit some real creativity in their design. Except, unfortunately, for the protagonist aliens, who are basically human beings stretched out to be 8 feet tall and with lovely golden Keane eyes plastered on, but otherwise follow our body plan pretty much exactly, right down to the toenails. If I saw that situation for real, I'd be an intelligent design creationist, because it's obvious that the intelligent aliens did not evolve from the animal stock on that world.
Ten podkreślony fragment bardzo mnie uspokoił. Już bałem się, że jestem totalnym świrem, kiedy oglądając film myślałem dokładnie to samo. Stworzenia zamieszkujące Pandorę mają po sześć kończyn, do tego ciekawy układ oddechowy, który zdaje się być oddzielony od układu pokarmowego (inaczej niż u np. kręgowców, które wykorzystują otwór gębowy zarówno do oddychania jak i przyjmowania pokarmu). Kosmici tymczasem są całkowicie humanoidalni - cztery kończyny, brak osobnych otworów oddechowych. I przez większość filmu mi to przeszkadzało - skoro pozostałe stworzenia pokazane w filmie są wyraźnie powiązane ze sobą ewolucyjnie, to czemu istoty inteligentne żyjące na Pandorze są kropka w kropkę zbudowani jak ludzie? No cóż, chyba za dużo wymagam od filmów, szczególnie tych z Hollywood.

26 grudnia 2009

"Nasza wewnętrzna menażeria" - Neil Shubin

Popełniłem błąd. Kiedy kilka miesięcy temu Prószyński i S-ka wydał książkę "Nasza wewnętrzna menażeria" ("Your inner fish") Neila Shubina właściwie całkowicie ją zignorowałem. No, może nie całkowicie, bo pokusiłem się o jej przejrzenie w księgarni, ale jakimś dziwnym trafem nie uznałem tej książki za godną uwagi. Refleksja przyszła podczas czytania Coyne'a (patrz poprzedni wpis), który odwoływał się właśnie do tej książki Shubina. Udałem się więc do księgarni, by po raz kolejny przejrzeć książkę i doszedłem do wniosku, że za pierwszym razem musiałem mieć chyba jakieś zaćmienie umysłowe, że uznałem ją za nieciekawą. Na szczęście jest to jeden z tych błędów, które bardzo łatwo naprawić - co też uczyniłem.

Neil Shubin jest jednym z odkrywców Tiktaalika - formy przejściowej między rybami a płazami. "Nasza wewnętrzna menażeria" została napisana po dokonaniu tego odkrycia. Książka liczy sobie niecałe 200 stron. Pomimo niewielkiej objętości autorowi udało się w niej upchnąć aż 11 rozdziałów, a także krótki wstęp, epilog, szczegółowo opisaną bibliografię, podziękowania oraz całe mnóstwo ilustracji. Książka porusza tematykę z pogranicza paleontologii, embriologii, genetyki i anatomii porównawczej. Zabrzmiało bardzo fachowo? Bez obaw, Shubin pisze przystępnym językiem i nie trzeba mieć jakiegokolwiek przygotowania teoretycznego ze wspomnianych dziedzin, żeby zrozumieć książkę. Tak właściwie to jest to bardzo ciekawe wprowadzenie do tych dziedzin (z wyjątkiem może genetyki - tutaj w sumie dobrze jest coś wiedzieć). To co najbardziej mnie uderzyło w książce to ciekawy i oryginalny dobór tematyki - właściwie cała książka pokazuje podobieństwa pomiędzy ciałem ludzi i innych zwierząt. Autor nie ogranicza się tutaj - wbrew angielskiemu tytułowi - do porównań z rybami, ale idzie dalej pokazując podobieństwa łączące nas z owadami, meduzami czy gąbkami. Trudno tu mówić o podobieństwie anatomicznym, dlatego też autor sięga do genetyki, pokazując że prostsze wersje naszych genów obecne były już u tych najprostszych zwierząt (a nawet u organizmów jednokomórkowych). Osobne rozdziały poświęcone są m.in. dłoniom, zębom, głowie, oczom, uszom, węchowi. Spory udział w książce ma też opis samego Tiktaalika oraz przebiegu wypraw, które doprowadziły do jego odkrycia. O ile opisy wypraw paleontologicznych i różnych przygód przeżytych w terenie są bardzo ciekawe, o tyle pełne emocjonalnych uniesień opisy sekcji zwłok i godzin spędzonych w prosektorium nijak do mnie nie przemawiają. Uprzedzam po prostu, że książka zawiera sporo fragmentów o charakterze pamiętnikarskim, co jednak wychodzi jej na plus (pomimo opisu sekcji :) ).

Jeśli na podstawie powyższego opisu nie jesteście pewni, czy warto czytać książkę to polecam odwiedzić oficjalną stronę internetową Tiktaalika i książki. Znajdziecie na niej liczne zdjęcia (zarówno z wypraw terenowych jak i z laboratoriów oraz muzeów), ilustracje z książki zamieszczone w formie slajdów Power Pointa, rysunki Tiktaalika, zdjęcia jego rekonstrukcji, trójwymiarowe modele znalezionych kości, opisy ekspedycji i wiele więcej. Z mojej strony to tyle.

23 grudnia 2009

"Ewolucja jest faktem" - Jerry A. Coyne

Patrząc na listę książek popularnonaukowych wydanych w ostatnim czasie na naszym rynku czuję się rozpieszczony. Oczywiście, nie mówię o totalnym zalewie rynku, bo przecież grupa docelowa takiej literatury obejmuje raczej niewielką część społeczeństwa. Tym bardziej cieszy fakt, że doczekujemy się polskich wydań książek zaledwie kilka miesięcy po ich światowej premierze. I tak na przykład "Ewolucja jest faktem" ("Why evolution is true") wydana została u nas niecałe 10 miesięcy po ukazaniu się na zachodzie. Może nie było to błyskawiczne tempo, niemniej jednak jest to szybkie wydanie, za co wydawnictwu Prószyński i S-ka należą się - po raz kolejny - słowa uznania. Książka wydana została w ramach serii "Na ścieżkach nauki", liczy sobie 304 strony i kosztuje 40 złotych.

"Ewolucja jest faktem" stanowi przegląd dowodów potwierdzających prawdziwość ewolucji. Kolejne rozdziały - jest ich dziewięć - poświęcone są różnym aspektom teorii ewolucji. Coyne omawia kolejno zapis kopalny, narządy szczątkowe i embriologię, biogeografię, dobór naturalny, dobór płciowy, specjację gatunków, a na sam koniec zostawia kwestię ewolucji człowieka. Podchodząc do nowego zagadnienia autor rozpoczyna od postawienia predykcji, do których prowadzi założenie o prawdziwości teorii ewolucji. Po dokładnym ustaleniu czego tak naprawdę powinniśmy oczekiwać przechodzi do analizy faktów, które potwierdzają doskonale to co wynika z przewidywań. Coyne jest również bezlitosny dla kreacjonistów - po opisaniu dowodów pyta jak kreacjonizm jest w stanie dany zbiór faktów wytłumaczyć. Nie jest chyba żadnym zaskoczeniem, że właściwie wszystkie zaobserwowane przez nas fakty dotyczące świata żywego nie mają najmniejszego sensu w świetle koncepcji kreacjonistycznych, które praktycznie zawsze sprowadzają się do "nieprzewidywalnych kaprysów stwórcy". Jak słusznie zauważa Coyne, wszystko wskazuje na to, że stwórca chciał, by życie wyglądało tak, jakby powstało w drodze ewolucji.

Książkę czyta się rewelacyjnie. Przystępny styl i powalająca wręcz masa ciekawych faktów nie pozwalają się nudzić. Zamieszczona na końcu książki bibliografia podzielona została na dwie części: naukową, o którą oparta została książka oraz uzupełniającą, która zawiera listę książek i artykułów popularnonaukowych umożliwiających dalsze poszerzanie swojej wiedzy. Dodatkowym plusem są, umieszczane w przypisach na dole strony, linki do stron internetowych ilustrujących omawiane zagadnienia (najczęściej jest to YouTube), aczkolwiek część z nich już jest nieaktualna (za co oczywiście nie można winić autora).

Niestety, tak jak nie ma róży bez kolców, tak i książka Coyne'a nie jest wolna od wad. Ja muszę się przyczepić do dwóch rzeczy. Po pierwsze, autor czasami upraszcza. Takie uproszczenia są w wielu miejscach korygowane przez przypisy tłumaczy. Nie są to oczywiście jakieś rażące uproszczenia, zmieniające ogólną wymowę dowodów, niemniej jednak diabeł tkwi w szczegółach i w książce, która stawia sobie za cel rzetelne przedstawienie dowodów potwierdzających ewolucję nie powinno ich być. Ja sam przyłapałem autora na uproszczeniu, które pojawiło się w dwóch miejscach książki i którego tłumacze nie skorygowali. Skorzystam więc z okazji, by to teraz zrobić. Otóż Coyne, mówiąc o zapisie kopalnym, pisze że oczekujemy chronologicznego następstwa wszelkich organizmów i form pośrednich (czyli nie oczekujemy, że królik pojawi się w warstwach prekambryjskich). Podaje liczne przykłady takich sprawdzonych przepowiedni, w tym przykład Sphecomyrma freyi - formy przejściowej między osami a współczesnymi mrówkami. Coyne pisze, że znaleziona forma przejściowa miała taki wiek jakiego oczekiwano oraz "cechy niemal idealnie pośrednie [między osami a mrówkami - dop. moje] i zgodne z entomologicznymi prognozami". Niestety, nie do końca tak było. Owszem, Sphecomyrma freyi ma cechy pośrednie między osami i mrówkami, ale jej cechy nie są do końca zgodne z tym co prognozowali entomologowie:
Sphecomyrma wykazuje większość cech, którymi na podstawie badań morfologicznych reszty Formicidae miał się charakteryzować hipotetyczny przodek mrówek. Gatunek ten różni się tylko pod jednym ważnym względem: jego pomostek jest taki, jak u mrówek, natomiast żuwaczki są podobne do żuwaczek os - są bardzo krótkie i opatrzone jedynie dwoma zębami. Spodziewaliśmy się akurat odwrotnych stosunków. Sądziliśmy, że żuwaczki, które dla robotnic mrówek są głównym narzędziem pracy i które w obrębie współczesnych Formicidae wykazują krańcową zmienność w zależności od rodzaju pożywienia, już wcześnie w procesie ewolucji grupy powinny ulec zmianie w stosunku do prymitywnego stanu, charakterystycznego dla os. [E.O.Wilson, "Społeczeństwa owadów", str. 46]
Oczywiście, jest to drobiazg i nijak nie zmienia wymowy dowodów - po prostu entomolodzy pomylili się w przewidywaniach, bo nie można przewidzieć ze 100% pewnością jak przebiegała (bądź jak będzie przebiegać) ewolucja danego gatunku. To jest jednak doskonały przykład uproszczenia szczegółów na jakie pozwala sobie Coyne. Nic poważnego, ale można było zadbać o takie drobiazgi.

Nie wiem pod czyim adresem skierować kolejny zarzut - wydawcy polskiego czy zachodniego. Książka zaopatrzona jest w liczne rysunki i zdjęcia. Niestety, większość zdjęć jest tak ciemna, że w ogóle (albo prawie w ogóle) nie widać na nich tego, co mają przedstawiać. Dobrym przykładem są tutaj prawie nieczytelne zdjęcia ze stron 66, 67 i 105. Rysunki są już lepsze, choć część z nich sprawia wrażenie nieco rozmytych i również odrobinę za ciemnych.

Podsumowując, książka jest pozycją obowiązkową dla każdej osoby zainteresowanej biologią i tematyką popularnonaukową. Dla mnie osobiście okazała się tym, czego spodziewałem się po "Ślepym zegarmistrzu" Dawkinsa. Nie ma tu żadnych mętnych rozważań o komputerowych biomorfach, żadnego "można sobie wyobrazić" - są fakty, fakty i jeszcze raz fakty. Z niecierpliwością czekam na najnowszą książkę Dawkinsa. Jej tematyka ma być dokładnie identyczna i ciekaw jestem kto wypadnie lepiej w tej "konfrontacji". Coyne ustawił poprzeczkę wysoko.

22 grudnia 2009

O rzekomym wpływie ewolucji na poglądy Hitlera, czyli garść faktów które każdy powinien znać

Jakiś czas temu PZ Myers ogłosił mini-konkurs na swoim blogu. Poprosił swoich czytelników o sformułowanie odpowiedzi na dwa pytania, a właściwie na dwa "zarzuty" wysuwane przeciwko ewolucji przez kreacjonistów. Pierwszy z nich to powtarzane jak mantra stwierdzenie, że poglądy nazistowskie wywodzą się z poglądów ewolucyjnych. Ciężko to nazwać zarzutem pod adresem teorii naukowej, to najzwyklejsze w świecie oszczerstwo. Nawet gdyby to była prawda - ale nie jest, o czym już za chwilę - to w żaden sposób nie obalałoby to twierdzeń teorii. Drugi zarzut to stwierdzenie, że procesy ewolucyjne nie mogą prowadzić do wzrostu złożoności. To już konkretny zarzut, który może być rozstrzygnięty empirycznie. I został, z korzyścią dla ewolucji, czego IDioci nie potrafią przyjąć do wiadomości. Konkurs został niedawno rozstrzygnięty. Zmotywowany najnowszym polskim wydaniem "O powstawaniu człowieka", postanowiłem przetłumaczyć zwycięską odpowiedź na pierwsze pytanie. Dalszy tekst pochodzi z Pharynguli (zachęcam do zapoznania się również z odpowiedzią na drugie z pytań).

Czy ewolucja była znaczącym i niezbędnym czynnikiem kierującym myślą nazistowską?

Nie. Po pierwsze, jak jasno wynika ze szczegółowej lektury Mein Kampf, bełkotliwe wynurzenia Hitlera na temat natury powielają dobrze znane kreacjonistyczne kaczki dziennikarskie, wliczając w to fałszywy pogląd o statyczności gatunków, a także dowodzenie przez Hitlera, że zdolne do życia i płodne hybrydy międzygatunkowe nie mogą istnieć, co zostało dobitnie obalone w następującym artykule naukowym (jednym z wielu):

Speciation By Hybridisation In Heliconius Butterflies, by Jesús Mavárez, Camilo A. Salazar, Eldredge Bermingham, Christian Salcedo, Chris D. Jiggins and Mauricio Linares, Nature, 441: 868-871 (15th June 2006)

Ponadto, najzwyklejsze przejrzenie Mein Kampf prowadzi do następującej statystki. Ilość powtórzeń poszczególnych słów kluczowych jest następująca:

"Darwin" : ZERO

"Wszechmogący" : 6

"Bóg" : 37

"Stwórca" : 8

Hitler był zainspirowany antysemickimi bredniami Lanz'a von Liebenfels, który był pozbawionym habitu mnichem i którego magnus opus nosiło tytuł "Teozologia, czyli doniesienia o sodomickich małpo-ludziach oraz boski elektron" (*) . Była to wypaczona biblijna egzegeza, przedstawiająca nową wersję Ukrzyżowania oraz zawierająca średniowieczny bestiariusz pełen wytworów bujnej wyobraźni Liebenfelsa.

Ponadto naziści umieścili podręczniki biologii ewolucyjnej na swojej liście książek o charakterze wywrotowym, które mają zostać spalone. Dobrze widać to w tym miejscu, gdzie możemy przeczytać, że w 1935 nazistowskie wytyczne dotyczące książek wywrotowych zawierały następujący punkt:

6. Schriften weltanschaulichen und lebenskundlichen Charakters, deren Inhalt die falsche naturwissenschaftliche Aufklärung eines primitiven Darwinismus und Monismus ist (Häckel).

Co w tłumaczeniu oznacza:

Pisma filozoficznej i społecznej natury, które poruszają temat fałszywych naukowych wyjaśnień prymitywnego darwinizmu i monizmu (Häckel).

Dowody są zatem jednoznaczne. Nazizm nie był inspirowany ewolucją. W gruncie rzeczy wiele prac Hitlera ma wydźwięk kreacjonistyczny. Naziści niszczyli książki poświęcone ewolucji, jako mające charakter wywrotowy (na co z pewnością miałoby ochotę wielu współczesnych kreacjonistów), a nazistowski pogląd na biosferę jest całkowicie rozbieżny z teoriami ewolucyjnymi i zawiera tak niedorzeczne poglądy jak "oczyszczenie" rasy poprzez ustanowienie monokultury co jest całkowitą antytezą koncepcji ewolucyjnych opierających się na różnorodności genetycznej.

* - w oryginale tytuł brzmi "Theozoologie oder die Kunde von den Sodoms-Äfflingen und dem Götter-Elektron". Czy ktoś może potwierdzić, że przetłumaczyłem poprawnie "Götter-Elektron" ?

16 grudnia 2009

Trzeci szympans

Postanowiłem ostatnio wykosztować się na zakup na allegro dwóch książek brakujących w mojej kolekcji. Pierwszą z nich był opisany w poprzednim wpisie "Ślepy zegarmistrz". Drugą jest "Trzeci szympans" Jareda Diamonda. Za książkę zapłaciłem więcej niż za "Ślepego zegarmistrza", ale tym razem z czystym sumieniem mogę napisać, że naprawdę było warto te pieniądze wydać.

"Trzeci szympans" to książka z pogranicza antropologii, etnografii, biologii ewolucyjnej, paleontologii, historii i językoznawstwa (i pewnie jeszcze kilku dziedzin o których zapomniałem). Diamond opisuje historię naszego gatunku - właśnie tytułowego trzeciego szympansa - od początku naszej ewolucyjnej historii (oddzielenie od linii szympansów jakieś 7 milionów lat temu). W dziewiętnastu rozdziałach porusza zagadnienia takie jak nasze podobieństwo do małp, Wielki Skok (nagłe pojawienie się kultury jakieś 40 tysięcy lat temu, a wraz z nią gwałtownego rozwoju cywilizacji ludzkich), ludzka seksualność (w tym cudzołóstwo i dobór partnerów), nasz cykl życiowy, starzenie się, sztuka, mowa i język (rozprzestrzenianie się języków po świecie oraz metody rekonstrukcji ewolucji języka), udomowienie zwierząt i roślin, ludobójstwo i wreszcie niszczenie przez nas środowiska w którym żyjemy. Przy okazji dwóch ostatnich tematów Diamond dyskutuje także nad kwestiami stosowanej przez nas etyki, pozwalającej np. usprawiedliwiać lub ignorować ludobójstwa. Trzeba przyznać, że jak na książkę liczącą "zaledwie" 500 stron tematyka jest bardzo rozległa, a do tego zdecydowana większość poruszanych zagadnień była dla mnie czymś nowym. Styl Diamonda jest bardzo przyjemny, lekki i ani przez chwilę nie pozwala się nudzić przy lekturze. Niebywała wręcz rozległość poruszanej tematyki to chyba największy atut książki. Kolejnym jest wiele ciekawych przykładów podawanych przez autora, głównie na podstawie jego własnych badań prowadzonych wśród plemion Nowej Gwinei.

"Trzeci szympans" momentami przypominał mi trochę "Regres człowieczeństwa" Konrada Lorenza, a to dlatego że autor nie kryje swojego zaniepokojenia kierunkiem w jakim zmierza nasza cywilizacji. Podobnie jak Lorenz, Diamond obawia się możliwej zagłady nuklearnej, a także zniszczenia przez nas środowiska naturalnego. O ile jednak to pierwsze zagrożenie może się w przyszłości spełnić, to w chwili obecnej się nie spełnia. To drugie natomiast - jak zauważa Diamond - spełnia się obecnie, a zniszczenie środowiska jest tak samo groźne w skutkach jak zagłada nuklearna. Cóż, przyznam że podzielam obawy autora. O ile jednak Diamond zdobywa się pod koniec książki na optymizm - podobnie zresztą jak Lorenz - o tyle ja osobiście nie widzę zbyt wielu powodów do pozytywnego patrzenia na przyszłość bioróżnorodności naszej planety.

Podobnie jak w przypadku "Ślepego zegarmistrza", książka została wydana przez PIW w 1998 (wydanie pierwsze w 1996) i szanse na jej wznowienie są właściwie zerowe (wydawca stracił prawa do tytułu o ile mi wiadomo). Allegro i antykwariaty to obecnie jedyna droga zdobycia książki. Dla mnie jednak "Trzeci szympans" okazał się być strzałem w dziesiątkę, a prawie 100 złotych wydane na książkę było jedną z bardziej udanych inwestycji książkowych w ostatnim czasie. Wydanie pierwsze można dostać już za jakieś 50 złotych. Jeśli wiec będziecie mieć okazję dorwać się do "Trzeciego szympansa", to ja z czystym sumieniem polecam.

*) Wydanie pierwsze można dostać znacznie taniej

UZUPEŁNIENIE

Pisząc recenzję wieczorem w pośpiechu zapomniałem o jednej ważnej uwadze. Otóż polski wydawca (a właściwie to chyba tłumacz - pan January Weiner) zdecydował się na bardzo dziwny i niezrozumiały dla mnie krok - usunął z książki całą oryginalną bibliografię podaną przez autora i zastąpił ją listą książek i artykułów o podobnej tematyce dostępnych na rynku polskim (autor wyraził zgodę na takie posunięcie). Argumentem było to, że podane przez autora artykuły naukowe i tak są dla większości polskich czytelników niedostępne (z czym ja się nie zgodzę - w dużych miastach każdy może skorzystać z bibliotek uczelni wyższych, które mają wykupiony dostęp do zagranicznych czasopism naukowych). W ten sposób polskiemu czytelnikowi odebrano jakąkolwiek możliwość wglądu w materiał źródłowy stosowany przez autora. Wynikowa lista polskich pozycji jest niestety dosyć uboga (w dużej mierze artykuły ze "Świata nauki"). O ile nie mam absolutnie nic przeciwko uzupełnieniu oryginalnej bibliografii listą książek dostępnych w Polsce, to chyba po raz pierwszy spotykam się z tak dziwnym posunięciem wydawcy.

13 grudnia 2009

Ślepy zegarmistrz

W 2007 roku na polskim rynku wydawniczym nastąpił istny boom na książki Richarda Dawkinsa. Na fali popularności "Boga urojonego", który narobił sporo szumu, doczekaliśmy się reedycji prawie wszystkich książek Dawkinsa wydanych wcześniej na naszym rynku. Prószyński i S-ka wznowił "Samolubny gen" (duże słowa pochwały za uaktualnienie książki do angielskiego wydania trzeciego, rozszerzonego by uczcić 30-lecie wydania książki), "Rozplatanie tęczy", "Wspinaczkę na Szczyt Nieprawdopodobieństwa" i "Fenotyp rozszerzony". CiS zafundował nam reedycję "Rzeki genów". Jedyne czego zabrakło to wznowienie "Ślepego zegarmistrza", wydanego wcześniej przez PIW (wydanie pierwsze w 1994, drugie w 1997). O ile mi wiadomo PIW utracił prawa do tego tytułu, tak więc reedycji być nie mogło. Postanowiłem w końcu wykosztować się na Allegro i kupić "Ślepego zegarmistrza" (ten, kto szukał wie, że ceny potrafią przekroczyć 100 PLN) celem uzupełnienia kolekcji.

Książka to całkiem spora cegiełka licząca sobie 500 stron. Składa się z krótkiej przedmowy i 11 rozbudowanych rozdziałów. Celem książki jest dowiedzenie słuszności ewolucji, poprzez wykazanie, że rozwiązuje ona w sposób bardzo elegancki wiele problemów biologii, które są niewyjaśnione w świetle koncepcji kreacjonistycznych. Zasiadłem do lektury niezwykle podekscytowany i... omal nie umarłem z nudów. Lista zarzutów wobec Dawkinsa będzie długa i nie wiem od czego zacząć. Po pierwsze, czytałem wcześniej wszystkie inne wydane u nas książki Dawkinsa i bardzo wiele fragmentów "Ślepego zegarmistrza" było mi znanych z innych książek. Po drugie argumentacja Dawkinsa bardzo mnie rozczarowała, głównie dlatego, że często jej po prostu brak! Ot, tak po prostu Dawkins serwuje gotowe wnioski, które czytelnik ma przyjąć na słowo. Zdarza mu się również opierać cały wywód jedynie na niezbyt przekonujących analogiach, zamiast sięgnąć do konkretnych przykładów znanych biologom. Zdarza się również, że Dawkins zapędza się za daleko w swojej retoryce. Na przykład, w przedostatnim akapicie książki autor pisze:
Niezależnie od tego, jak znikomo małe jest prawdopodobieństwo, że X powstało jednym skokiem z Y, zawsze można sobie wyobrazić nieskończenie stopniową serię stadiów pośrednich między nimi.
Niestety, przez sporą część ostatniego rozdziału Dawkins dowodził nieprawdziwości tej tezy (tzn. tego, że nie zawsze muszą pojawić się mutacje pozwalające na przejście z jednego stadium ewolucyjnego do innego, np. pozwalające na wyrośnięcie skrzydeł u świni). W tym zdaniu widać też często stosowany w "Ślepym zegarmistrzu" chwyt pt. "można sobie wyobrazić". Cóż, wyobrazić to sobie można dużo rzeczy, ale to jeszcze nie znaczy że dowodzi to ich istnienia (przypomina to trochę ontologiczny "dowód" istnienia boga). Książkę uratowały - przynajmniej w moich oczach - ostatnie cztery rozdziały z których miałem okazję dowiedzieć się trochę nowych rzeczy. Poświęcone są doborowi płciowemu, punktualizmowi (jak dla mnie chyba najciekawszy rozdział), systematyce organizmów żywych i wspomnianym już wcześniej mutacjom oraz dziedziczeniu cech nabytych.

Podsumowując, książka jako całość mnie rozczarowała. Fatalna argumentacja, powtórzenia z innych książek (tak właściwie to te inne książki powtarzają "Ślepego zegarmistrza", bo były napisane później), banalność poruszanych zagadnień - to wszystko sprawia, że raczej nie warto wydawać kosmicznych kwot pieniędzy na kupno książki na Allegro. Na szczęście cztery ostatnie rozdziały sprawiają, że nie mam o niej jednoznacznie negatywnej opinii, a czas nad nią spędzony nie wydaje się całkowicie zmarnowany. Spodziewałem się jednak o wiele więcej, szczególnie że "Ślepy zegarmistrz" jest niezwykle często cytowany w wielu książkach poświęconych biologii ewolucyjnej. Nie ukrywam, że przed polską premierą najnowszej książki Dawkinsa, "Ślepy zegarmistrz" wzbudził we mnie obawy. Mam nadzieję, że w "The Greatest Show on Earth" Dawkins zaprezentuje konkretną argumentację i więcej oryginalnego tekstu, bo jeśli po raz kolejny będę musiał czytać te same przykłady i metafory to chyba zanudzę się na śmierć. Na koniec zamieszczam link do bardziej obszernej, wnikliwej i bardziej krytycznej recenzji "Ślepego zegarmistrza". Niestety, większość zarzutów stawianych przez jej autora jest słuszna.

30 października 2009

Creation

24 listopada czeka nas 150-ta rocznica pierwszego wydania "O powstawaniu gatunków". Zamknie ona tym samym obchody roku Darwina, które tak naprawdę trwały już od lipca 2008. W tym czasie na całym świecie pojawił się wysyp filmów dokumentalnych, książek, wykładów i innych imprez towarzyszących mających uczcić dwie okrągłe rocznice związane z Darwinem (ta druga to oczywiście dwusetna rocznica urodzin). Czeka nas jednak jeszcze jedna bardzo miła rzecz. Na początku września na ekrany kin wszedł film "Creation" będący fabularyzowaną biografią Karola Darwina. Mówię tu o kinach zachodnich, bo na naszym podwórku filmu póki co nie widać. Z filmem wiąże się jednak pewna dość dziwna (?) sytuacja. Film znalazł dystrybutorów właściwie wszędzie na świecie. Początkowo wyglądało jednak na to, że nie będzie wyświetlany w... Stanach Zjednoczonych! Żaden dystrybutor ze Stanów nie chciał się podjąć wprowadzenia "Creation" na ekrany kin, ponieważ poruszany w nim temat ewolucji jest w USA bardzo kontrowersyjny. Nie, nie żartuję. Niestety. To chyba niezły miernik publicznego postrzegania nauki w Stanach. W takich momentach uświadamiam sobie prawdziwe zagrożenie płynące ze strony fundamentalizmu religijnego. Mam jednak nadzieję, że w naszym kraju uda się go stłumić w zarodku. Na szczęście cała historia ze Stanami zakończyła się dobrze. Dystrybutorem filmu zostało Newmarket Films, które planuje wprowadzenie filmu do amerykańskich kin w grudniu. Ja czekam gorąco na polską premierę.

23 lipca 2009

Darwin - żywot uczonego

Jakiś rok temu, po lekturze "O powstawaniu gatunków" z wydawnictwa Jirafa Roja, byłem mało zachwycony. Jednym z moich licznych zarzutów w stronę tego wydania był brak jakiegokolwiek komentarza naukowego. Nie było też żadnych informacji na temat samego uczonego (krótkiej noty na odwrocie książki nie liczę). Ten ostatni problem rozwiązała biografia Karola Darwina autorstwa Janet Browne. Książka była niezwykle ciekawa i wciągająca, doskonale przybliżała sylwetkę uczonego i ducha czasów w których żył. Była jednak dosyć krótka i pomimo zaspokojenia mojego niedosytu wiedzy, trudno jest uznać ją za wyczerpującą. Ostatnio postanowiłem uzupełnić moją widzę o Karolu Darwinie obszerniejszą biografią. Sięgnąłem po pozycję "Darwin. Żywot uczonego" autorstwa Michaela White'a i Johna Gribbina, wydaną na naszym rynku przez Prószyński i S-ka w 1998 roku.

Książka jest znacznie obszerniejsza od biografii autorstwa Janet Browne, choć na pierwszy rzut oka nie widać tego aż tak bardzo. Dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się widać większy format, znacznie większą ilość tekstu na stronie no i przede wszystkim znacznie większą ilość stron - 340 (u pani Browne tylko 165, z czego 20 odpada na indeks itp.). Miejsca starczyło na 14 rozdziałów, dwa krótkie aneksy i bardzo solidnie opracowany indeks (u wydawnictwa Prószyński i S-ka to norma - duży plus za to). Autorzy podeszli do biografii niezwykle rzetelnie. Opisują nie tylko życie Darwina, jego dzieciństwo, podróż na Beagle, pracę naukową, codzienne zwyczaje, życie rodzinne i towarzyskie. Prezentują również historię poglądów ewolucyjnych przed Darwinem jak i po nim (każde z tych zagadnień to osobny rozdział). Dzięki temu czytelnik ma całościowy obraz zarówno epoki jak i sylwetki uczonego. Książka poza wymienionymi zaletami ma jeszcze dwie, bardzo istotne. Po pierwsze czyta się ją z zapartym tchem, jak doskonałą książkę fabularną. Po drugie widać, że autorzy są pasjonatami ewolucji i przeciwnikami wszelkiej pseudonauki, kreacjonizmu itp. Po prostu czułem, że są to ludzie, którzy myślą tak jak ja.

Te wszystkie plusy książki prowadzą do pewnej wady - książka po prostu zbyt szybko się kończy! Paradoksalnie, pomimo wyczerpującego potraktowania tematu po jej przeczytaniu odczuwam znacznie większy niedosyt niż po lekturze książki Browne. To jednak świadczy o tym, że White i Gribbin napisali doskonałą biografię Darwina, która wciąga i po którą może sięgnąć dosłownie każdy, co też wszystkim polecam. Niestety, książka obecnie dostępna tylko w antykwariatach i na Allegro.

9 lipca 2009

Nauka a kreacjonizm: Włącz swoją inteligencję

W 2007 roku, a więc względnie niedawno na polskim rynku nakładem CiS ukazała się książka "Nauka a kreacjonizm: o naukowych uproszczeniach teorii inteligentnego projektu" (w oryginale: "Intelligent Thought: Science Versus the Intelligent Design Movement") będąca zbiorem szesnastu esejów pod redakcją Johna Brockmana. Książkę tą omijałem szerokim łukiem. Powód? Ależ proszę bardzo: kreacjonizm to totalny absurd, teoria inteligentnego projektu to kreacjonizm w przebraniu, po co więc poświęcać czas na czytanie krytyki koncepcji o której i tak nie da się niczego pozytywnego napisać? Ostatnio jednak zmieniłem zdanie i uznałem, że może jednak warto dowiedzieć się co na temat ID mają do powiedzenia współcześni naukowcy. Wśród autorów esejów znajdują się m.in. Jerry A. Coyle, Daniel C. Dennett, Richard Dawkins, Steven Pinker czy Lee Smolin. Reszta nazwisk jest mi obca - z reguły są to profesorowie z amerykańskich uniwersytetów, będący przy okazji autorami książek popularnonaukowych. Pełna lista autorów dostępna jest na stronie CiS.

Jak więc prezentuje się książka? Po pierwsze nie do końca byłem pewien czego właściwie od książki oczekuję. Może to i lepiej, bo nie mając sprecyzowanych oczekiwań miałem mniejsze szanse na rozczarowanie. Przede wszystkim książka jest pisana - jak już wspomniałem - przez amerykanów i odnosi się do amerykańskich realiów. Osoby śledzące działania kreacjonistów w Ameryce wiedzą, że sytuacja wygląda niewesoło (w tym miejscu pragnę przypomnieć jeden z niedawnych wpisów, poświęcony Expelled). Co rusz słychać o kolejnych legislacyjnych próbach wprowadzenia ID na lekcjach biologii. Na szczęście z reguły są to próby nieudane, ale ilość takich inicjatyw jest zatrważająca. Jeszcze straszniejsze jest to, że ruch ID ma bardzo duże szanse na przekonanie do siebie sporej części niezbyt dobrze wykształconego amerykańskiego społeczeństwa. To właśnie te zagrożenia stanowiły impuls do powstania omawianej książki.

Eseje umieszczone w "Nauka a kreacjonizm" trzymają różny poziom. Niektóre niezwykle wciągają, inne można skwitować wzruszeniem ramion (rozczarował mnie Dawkins, którego esej obraca się wokół jednego argumentu przeciw ID: kto zaprojektował projektanta?). Tak naprawdę to tematyka samych esejów jest bardzo rozległa: niektóre skupiają się na wykazywaniu nienaukowości ID (np. bardzo dobry esej Dennetta), inne nie wspominają o ID ani słowem, a zamiast tego skupiają się na dowodach ewolucji (świetne eseje Tima D. White'a o ewolucji człowieka i Neila H. Shubina o przejściu ewolucyjnym od ryb do zwierząt lądowych). Niestety, jak dla mnie całość jest trochę chaotyczna. W jednym momencie czytam o ewolucji moralności, by za chwilę przeskoczyć na kosmologię. Po przeczytaniu esejów uświadomiłem sobie, czego podświadomie oczekiwałem od książki: pewnego rodzaju wsparcia merytorycznego w dyskusji ze zwolennikami kreacjonizmu bądź poglądów, że Kościół wspiera ewolucję. Z tego zadania książka wywiązuje się w ograniczonym zakresie. Najbardziej przydatny pod tym względem jest aneks do książki zawierający fragment uzasadnienia orzeczenia amerykańskiego sądu okręgowego środkowego Okręgu Pensylwanii w sprawie Kitzmiller vs. Dover (była to sprawa wytoczona Dover Area School Distrcit po tym jak rada szkolna w Dover wprowadziła ID do programu nauczania). Fragment orzeczenia streszcza przebieg procesu, zeznania biegłych (m.in. kompromitujące zeznania profesora Behe, będącego jednym z głównych promotorów ID) i stanowi skondensowaną dawkę świadectw i argumentów przeciwko ID.

Duży plus należy się wydawnictwu CiS za posłowie do polskiego wydania. Poświęcone jest ono wypowiedzi wiceministra edukacji Mirosława Orzechowskiego, który w październiku 2006 stwierdził m.in. że
"Teoria ewolucji to kłamstwo. Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim, mogłaby np. stać się kanwą filmu science fiction. "
Wypowiedź ta odbiła się dużym echem w kraju (i niewielkim za granicą, chociaż komentowało ją nawet "Nature"). Posłowie przytacza listy protestacyjne wystosowane przez instytucje naukowe i/lub kościelne w sprawie wypowiedzi ministra. W momencie wydawania książki była to sprawa dosyć świeża. Na szczęście mamy już za sobą czasy kiedy ignoranci z LPR piastowali stanowiska w Ministerstwie Edukacji.

Dla porządku dodam, że polskie wydanie trzyma standardy CiSu. Twarda okładka, dobry papier (przynajmniej ja bardzo taki lubię), solidne tłumaczenie opatrzone dodatkowo przypisami. Na minus kilka literówek i koszmarna okładka (wygląda jakby składano ją na kilka godzin przed oddaniem książki do druku).

"Nauka a kreacjonizm" to książka w miarę dobra. Nie żałuję czasu poświęconego na jej przeczytanie, ale też nie żałuję, że do tej pory ją omijałem. Owszem, znajduje się w niej sporo naprawdę ciekawych esejów, można dowiedzieć się co nieco o ewolucji czy o samym ID, jednak po skończonej lekturze odczuwam pewien niedosyt (a może niesmak?). Myśl przewodnia jest luźno potraktowana, dlatego w rezultacie mamy nieco chaotyczną książkę o wszystkim. Mi to momentami przeszkadzało. Ponadto cena - 38 złotych - sprawia, że warto się mocno zastanowić przed zakupem. Myślę, że te pieniądze można zainwestować w lepszą lekturę.

6 lipca 2009

"Regres człowieczeństwa"

Często wpadam do antykwariatu bez ściśle określonego celu, licząc że wśród starych książek znajdzie się coś potencjalnie ciekawego. W trakcie jednej z niedawnych wizyt, na półce z książkami z serii"+/- nieskończoność" zauważyłem autora, którego nazwisko zabrzmiało znajomo - Konrad Lorenz. Nastąpiła krótka chwila refleksji i próba przypomnienia sobie skąd znam to nazwisko. Po krótkim namyśle już wiedziałem - po pierwsze noblista w dziedzinie medycyny i fizjologii, po drugie wybitny etolog (o ile pamiętam, to Dawkins wspominał o nim w swoich książkach) i wreszcie po trzecie autor książki "Tak zwane zło", o której już kilkukrotnie słyszałem z różnych źródeł (m.in. wspominał o niej Wilson w "O naturze ludzkiej"). W domu uzupełniłem moją wiedzę o autorze. Streszczając życiorys Lorenza można powiedzieć, że jest twórcą nowoczesnej etologii, urodził się w 1903 r. w Wiedniu. Ukończył studia medyczne i filozoficzne, uzyskując doktoraty w latach 1928 i 1933. Był jednym z założycieli i przez długie lata kierował Instytutem Etologii Porównawczej w Altenbergu. W 1973 roku Lorenz otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii, wspólnie z Karlem von Frischem (odkrywca "tańca pszczół") i Niko Tinbergenem (ornitolog, pod jego kierunkiem Dawkins zrobił doktorat). Zmarł w 1989 roku. Książka o której tu piszę została wydana przez PIW w 1986. Na rynku polskim ukazały się jeszcze "Tak zwane zło", "Odwrotna strona zwierciadła" (posiadam obie), "I tak człowiek trafił na psa" oraz "Opowiadania o zwierzętach". Wszystko to zostało wydane u nas wiele lat temu, także książki można znaleźć jedynie w antykwariatach i na Allegro. Pora przystąpić do lektury.
W obecnej dobie widoki na przyszłość ludzkości są wyjątkowo smutne. Najprawdopodobniej szybko, aczkolwiek bynajmniej nie bezboleśnie, zginie samobójczo od broni jądrowej. Nawet gdyby to nie nastąpiło, grozi jej powolna śmierć wskutek zatrucia i wszelkich innych zniszczeń środowiska, w jakim i dzięki któremu żyje. Zresztą nawet gdyby potrafiła w porę zahamować swoje ślepe i niewiarygodnie głupie działanie, zagraża jej stopniowy regres wszystkich cech i osiągnięć stanowiących o jej człowieczeństwie. Wielu myślicieli to dostrzegło, wiele książek zawiera wiedzę o tym, że wyniszczenie środowiska i "dekadencja" kultury idą ze sobą w parze. Jednakże niewielu traktuje regresję tego, co ludzkie jako chorobę, niewielu poszukuje, jak Aldous Huxley, przyczyn choroby i ewentualnych środków zaradczych. Książka ta ma służyć takim poszukiwaniom.
Przywitała mnie taka oto, jakże ponura, przedmowa autora. Nie ukrywam, że przy fragmencie o broni jądrowej nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Jak widać Zimna Wojna odcisnęła swoje piętno na książce. No ale przecież nie będę omawiał książki jedynie na podstawie wstępu. Pora przyjrzeć się temu co jest dalej.

A dalej jest nieźle. Książka podzielona jest na cztery tworzące spójną całość części. I w tym momencie staję przed poważnym problemem co napisać dalej. "Regres człowieczeństwa" jest niezwykłą mieszanką. Każdy rozdział ma oczywiście tematykę przewodnią, jakąś tezę którą autor uzasadnia, jednak wywód porusza się po wielu dziedzinach, krąży wokół głównego tematu nieraz odbiegając od niego, wydawałoby się, całkowicie tylko po to by w konkluzji rozdziału w błyskotliwy sposób powrócić do tezy wyjściowej. Autor wychodzi od rozprawienia się z mitem istnienia jakiegoś transcendentalnego celu w naszym świecie, przedstawia argumenty na rzecz niemożliwości istnienia takiego celu, ale przede wszystkim koncentruje się na zgubnych skutkach takiego myślenia. Następnie skupia się na ewolucyjnych adaptacjach które wykształciły się u człowieka oraz ich potencjalnie zgubnym charakterze we współczesnym społeczeństwie. Książka kończy się powiewem optymizmu i próbą odpowiedzi na pytanie co zrobić, by do zagłady ludzkości jednak nie doszło. Jak więc widać różnorodność poruszanej tematyki jest bardzo duża. Momentami książka zmienia się w niesamowity wręcz wykład biologii ewolucyjnej (czy wiedzieliście, że kręgowce miały trzecie oko?), innym znowu razem schodzi na tematy filozoficzne czy socjologiczne. Rodzi się więc pytanie jak właściwie zaklasyfikować "Regres człowieczeństwa"? Jak dla mnie jest to filozofia rozumiana w sensie rozważań przyrodniczych na temat ludzkości. To zwięzłe określenie wydaje mi się najbardziej trafne.

Niestety książka trzyma bardzo nierówny poziom. W jednym momencie mamy wciągający i pełen niesamowitych faktów wykład ewolucji oraz solidną argumentację, a za chwilę pojawiają się ewidentne błędy logiczne, myślenie w kategoriach doboru grupowego i dobra gatunku (!), domorosła psychologia, myślenie życzeniowe albo - dla kontrastu - wyolbrzymianie zagrożeń. Autora zdaje się przerażać konflikt pokoleń, a przynajmniej mam takie wrażenie, że ówczesna młodzież została przedstawiona jako pozbawiona wszelkich zasad, rozsądku itd. Jak na mój gust jest to stereotypowe przekonanie pod tytułem "za moich czasów to ...". Co więcej, przekonanie o "regresie człowieczeństwa" nie wydaje się niczym szczególnie oryginalnym. Przecież w każdej epoce historycznej na świecie działy się potworne rzeczy z wojnami, zarazami i ludobójstwami na czele i wielu intelektualistów postrzegało to jako oznaki upadku ludzkiej rasy. Z drugiej strony nie sposób odmówić Lorenzowi racji w wielu kwestiach i słuszności wniosków dotyczących cywilizacji technokratycznej.

Czytając książkę doznawałem często uczucia, że część prezentowanych idei jest mi dziwnie znajoma. Faktycznie, koncepcje Lorenza są zbieżne z poglądami prezentowanymi przez innych badaczy. Najwięcej skojarzeń miałem ze wspomnianą już na początku "O naturze ludzkiej" Wilsona. Obie książki są podobne w wymowie, obie zahaczają o ewolucję, problemy ludzkich społeczeństw, czy wreszcie o samą naukę i metodykę badawczą. Drugą książką, o której nieodparcie myślałem podczas czytania "Regresu człowieczeństwa" to "Dialogi" Stanisława Lema, a konkretnie zawarte w nich rozważania na temat systemu kapitalistycznego.

Komu więc polecić "Regres człowieczeństwa"? Przede wszystkim osobom zainteresowanym filozofią, historią nauki, rozwoju myśli społecznej oraz poglądami znanych naukowców. Dla reszty osób zdecydowana większość książki będzie źródłem refleksji na temat współczesnej cywilizacji i naszego udziału w niej, a niektóre fragmenty okażą się kopalnią bardzo ciekawych faktów. Dla mnie osobiście niezwykły był fragment poświęcony temu jak powinno wyglądać podejście naukowca do badań - nie ukrywam, że bardzo podniósł mnie on na duchu i skłonił do przemyślenia mojego własnego podejścia do tego co robię. Pomimo wytkniętych wad w warstwie merytoryczno-argumentacyjnej, skończyłem czytać książkę z poczuciem, że w większości jest to gorzka prawda o naszym świecie.

29 czerwca 2009

Expelled: Wyłącz swoją inteligencję

Nieco ponad rok temu przez zachodnią blogosferę naukową przetoczyła się prawdziwa burza. Wszystko za sprawą filmu pod tytułem "Expelled: No Intelligence Allowed", czyli "Wydaleni: Zakaz wstępu dla inteligencji". Czemu film wywołał takie poruszenie? Otóż jest to pseudo-dokument będący kreacjonistyczną propagandą teorii inteligentnego projektu (z lenistwa dalej będę używał skrótu ID - Intelligent Design). No cóż, to że kreacjoniści walczą o uznanie nonsensów w które wierzą za naukę nie jest niczym nowym. Natomiast dużą niespodzianką i sporym sukcesem z punktu widzenia twórców filmu jest fakt, że pośród osób udzielających w nim wywiadów są Richard Dawkins, P.Z. Myers, Michael Shermer, Eugenie Scott czy Daniel Dennett. Pora opowiedzieć o tym w jaki sposób producentom udało się wykorzystać wspomnianych naukowców do kręcenia filmu oraz o licznych kłamstwach zawartych w "Expelled".

Film rozpoczyna się dosyć populistycznym przemówieniem na temat wolności w wykonaniu prowadzącego film Bena Steina. "Dowiadujemy się", że to dzięki wolności Stany Zjednoczone są tym czym są, a także, że ta wolność jest dzisiaj poważnie zagrożona. Czemu? Tego dowiadujemy się z wywiadów, które Stein przeprowadza z kilkoma naukowcami i dziennikarzami. Okazuje się, że kariery tych osób zostały "zrujnowane" po tym, jak odważyli się napisać cokolwiek o ID. Przesłanie jest jednoznaczne: ID kwestionuje darwinizm*, jest teorią całkowicie naukową i nie ma nic wspólnego z religią. Naukowy "estabilishment" nie pozwala jednak na jej rozwijanie. Wszystkie próby badania ID są zwalczane, a osoby które cokolwiek napiszą o tej teorii są skończone. To jest właśnie to zagrożenie wolności o którym była mowa na początku. Do tego powtarzane są standardowe kreacjonistyczne slogany: teoria ewolucji nie jest udowodniona (nie wiadomo nawet czym jest gatunek, więc jak można mówić o teorii wyjaśniającej ich powstanie?) oraz istnieje kontrowersja na temat teorii ewolucji (owszem, kontrowersje były, ale jakieś 150 lat temu, bezpośrednio po jej opublikowaniu). Po licznych wywiadach tematyka filmu schodzi na zupełnie inne tory: holokaust. Autorzy filmu starają się wykazać, że to darwinizm doprowadził do masowej eksterminacji Żydów podczas II Wojny Światowej. Zwracam tutaj uwagę na słowo "darwinizm" - twórcy filmu posługują się praktycznie tylko nim, co w kontekście wypowiedzi zawartych w filmie ma przekonać widza, że to zwykła ideologia, kolejny -izm obok komunizmu czy nazizmu. Film kładzie duży nacisk na postawienie znaku równości między darwinizmem a masowym mordowaniem ludzi. Twórcy filmu nie są skończonymi idiotami (?), dlatego zostawiają sobie furtkę do wycofania się z tego stwierdzenia w wypowiedzi jednego z propagatorów ID, który twierdzi że darwinizm jest warunkiem koniecznym by doprowadzić do czegoś takiego jak holokaust, chociaż nie jest on warunkiem wystarczającym. Wprawdzie film nie chce nazwać tej insynuacji wprost, jednak publiczne wypowiedzi Steina nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości :
Kiedy patrzyliśmy na tego człowieka, to chyba był pan Myers, mówiącego jak wspaniali są naukowcy, pomyślałem sobie, że ostatnio kiedy naukowiec kazał coś zrobić któremuś z moich krewnych, było to polecenie pójścia pod prysznic żeby zostać zagazowanym... to było tak straszne że nie da się tego opisać słowami. I właśnie do czegoś takiego - moim zdaniem, to tylko moja opinia - prowadzi nauka. Miłość do Boga, współczucie i empatia prowadzi do miejsca pełnego chwały a nauka prowadzi do mordowania ludzi. [moje tłumaczenie, za tekstem z Wikipedii]
Opowiadając o powiązaniach holokaustu z Darwinem, Stein posuwa się nawet do całkowitego przeinaczenia cytatu z "Pochodzenia człowieka" w sposób, który jednoznacznie sugeruje że Darwin potępiał pomoc najsłabszym członkom społeczeństwa, podczas gdy rzeczywiste znaczenie pełnego cytatu jest zupełnie odwrotne.

Przerażające jest to, że film nie jest amatorszczyzną. Za produkcją stały spore pieniądze i spore przygotowania. Trzeba też przyznać, że Stein dobrze wywiązuje się ze swojego zadania prowadzenia filmu i wzbudzana w widzu niechęci do ewolucji. Wiarygodności produkcji dodają występujący w nim znani naukowcy. Jak to się stało, że wymienione przez mnie na początku osoby zgodziły się wystąpić w filmie będącym kreacjonistyczną propagandą? Odpowiedź jest prosta - ci naukowcy nie zgodzili się, zostali oszukani. Okłamano ich co do filmu w którym będą wykorzystane wywiady z nimi, a na etapie montażu przeprowadzone rozmowy odpowiednio zmontowano. W filmie występują także inne znane osoby: John Lennox, Alister McGrath oraz... Maciej Giertych. Nie wiem czy tym osobom przedstawiono prawdziwe informacje na temat filmu w którym zostaną wykorzystane wywiady z nimi.

Tak naprawdę można napisać bardzo dużo o kłamstwach w Expelled. Osoby zainteresowane odsyłam na stronę Expelled Exposed, której celem jest ujawnienie wszystkich "przekrętów" w filmie, począwszy od taktyk stosowanych przy wywiadach a kończąc na osobach, które rzekomo potraciły pracę przez publikacje o ID (jak się okazuje opisywane w filmie sytuacje w ogóle nie miały miejsca). Bardzo dobrym źródłem informacji jest również artykuł na Wikipedii, aczkolwiek powstał on w dużej mierze w oparciu o stronę Expelled Exposed.

Sporo działo się także w momencie wchodzenia Expelled do kin. Na uwagę zasługują dwa wydarzenia. Pierwsze z nich to pokaz przedpremierowy, na który mógł przyjść każdy, kto zarezerwował bilety przez internet. W praktyce okazało się jednak, że nie każdy. Otóż PZ Myers i Richard Dawkins postanowili udać się na pokaz. Myers został jednak zauważony i, na polecenie producenta filmu, wyrzucony (słowo expelled pasuje jak ulał) przez ochronę. Dawkinsowi udało się wejść. Hipokryzja tego wydarzenia jest niewiarygodna. Więcej informacji w rozmowie Dawkinsa z Myersem. Drugie, mniej spektakularne wydarzenie związane jest ze stroną filmu założoną na MySpace. Umieszczono tam ankietę z pytaniem czy ID powinno być nauczane w szkole. Po tym jak ponad 400 tys. osób zagłosowało na "nie" ankieta została usunięta ze strony (czy też wydalona, jeśli ktoś woli). Więcej na blogu Skeptico (polskie tłumaczenie tutaj).

Expelled narobiło rok temu sporo szumu. Prawdę mówiąc to chyba głównie dzięki naukowcom, bo podejrzewam (znaczy się: mam nadzieję), że film nie wyszedł poza grono radykalnych chrześcijan. O Expelled zrobiło się cicho. Czyżby koniec? Niestety, wygląda na to że nie. Jak donosi PZ Myers, szykuje się kolejny pseudo-dokument o Darwinie. W tym przypadku również wrobiono kilku naukowców w wywiady do filmu (tym razem padło na specjalistów od życia Darwina, m.in. Janet Browne). Już nie mogę się doczekać kolejnej "błyskotliwej" produkcji kreacjonistów. Co pozostaje? Po pierwsze zwalczać te absurdy, a po drugie pośmiać się trochę. Na koniec zapraszam do obejrzenia "Sexpelled: No intercourse allowed", krótkiej parodii "Expelled" przygotowanej przez Dawkinsa.




22 czerwca 2009

The Genius of Charles Darwin

Kolejnym filmem ściągniętym przeze mnie z Atheist Movies jest trzyczęściowa seria "The Genius of Charles Darwin" prowadzona przez Richarda Dawkinsa. Każdy z ok. 48-minutowych odcinków poświęcony jest innemu tematowi. Oczywiście powstanie filmu wiąże się ściśle z Rokiem Darwina. Byłbym wielce zaskoczony, gdyby Dawkins nie wykorzystał takiej okazji do nakręcenia filmu (a jak dobrze wiemy jest to dla niego również okazja do napisania kolejnej książki, która ma się ukazać już we wrześniu).

Za oglądanie serii wziąłem się od razu po obejrzeniu dwóch opisywanych w poprzednim wpisie filmów Davida Attenborough. Było to dla mnie przyczyną pewnego szoku. Trzeba to od razu jasno podkreślić - choć wydaje się to oczywiste - Dawkins to nie Attenborough. Nie ma tu poetyckiego stylu, malowniczo przedstawiającego cudowność przyrody. Są twarde wypowiedzi Dawkinsa, ani trochę nie owijającego w bawełnę i mówiącego wprost, że natura jest brutalna, nie ma litości, a harmonia, którą dostrzegamy, to tylko pozór i w ostatecznym rozrachunku the fittest will survive. Mając to w świadomości możemy już spokojnie oglądać.


Pierwszy odcinek jest dosyć ogólny. Dawkins opowiada o powstaniu teorii ewolucji (nie jest to aż tak dokładnie przedstawione jak w filmie "Karol Darwin i drzewo życia"). Omawia również mechanizmy ewolucji, w szczególności dobór naturalny (tutaj z kolei przewaga nad wspomnianym filmem Attenborough), a także prezentuje argumenty na rzecz teorii ewolucji. Ponadto konfrontuje swoje ewolucyjne poglądy z grupą brytyjskich nastolatków, które o ewolucji nie wiedzą aż tak dużo jak by sobie tego Dawkins życzył i, co gorsza, w większości wyznają kreacjonistyczne poglądy o stworzeniu życia. O ile Dawkins posiada niesamowity talent do wyjaśniania rzeczy trudnych prostym językiem, o tyle jego dar przekonywania w bezpośredniej dyskusji nie jest chyba aż tak powalający. Przynajmniej ja mam dziwne wrażenie, że w do rozmowy z nastolatkami podchodzi momentami z pewnym zażenowaniem. Z drugiej strony jednak zmuszony jest do opowiadania banałów - o tym że gady wyewoluowały od płazów, ptaki od gadów itp. Drugi odcinek jest o wiele ciekawszy, dotyczy bowiem zastosowania teorii ewolucji do człowieka, w szczególności socjobiologii. Dawkins rozmawia z Richardem Leakey'em, który prezentuje w skrócie ewolucję człowieka na podstawie skamieniałości czaszek. Następnie pora na konfrontację z kenijskim biskupem, który sprzeciwia się wystawieniu takich skamieniałości dla publiczności (ściślej mówiąc, to sprzeciwia się umieszczaniu przy nich informacji o ewolucji). Ponadto w odcinku występuje także Steven Pinker, dyskutowane są podobieństwa między ewolucją a ekonomią. Pojawia się także temat eugeniki, tym razem we współczesnym wydaniu, czyli kobiety selekcjonujące ojca swojego dziecka w banku spermy. Trzeci odcinek poświęcony jest już w całości konfrontacji ewolucji i religii. Dawkins rozmawia z wieloma osobami, począwszy od fanatyków religijnych odrzucających ewolucję całkowicie, poprzez nauczyciela nauki (u nas w kraju chyba nie ma bezpośredniego szkolnego odpowiednika takiego przedmiotu), który twierdzi że Ziemia ma mniej niż 10000 lat, oraz arcybiskupa Cantenbury, który stara się pogodzić naukę i religię, a kończąc na grupie nauczycieli, którzy twierdzą że wprawdzie uznają całkowicie naukę, ale nie chcą mówić uczniom, że ich poglądy religijne są sprzeczne z nauką.

Podsumowując, pierwszy odcinek jest przeciętny, dwa pozostałe są o wiele ciekawsze i sprawiają, że warto poświęcić trochę wolnego czasu na obejrzenie całości. W polskiej telewizji się raczej Dawkinsa nie doczekamy, pozostaje więc wspomniany na początku blog albo sprowadzenie wydania DVD. Od razu nadmienię, że wydanie DVD składa się z trzech płyt, na których znajduje się 26 pełnych wersji wywiadów, których fragmenty znalazły się w serialu. W internecie udostępnione zostały wywiady z Danielem Dennettem, Stevenem Pinkerem, Randolphem Nesse, Peterem Singerem i ojcem George'm Coyne'm.

P.S. Na Atheist Movies można także znaleźć odcinek specjalny serii zatytułowany "The Genius of Charles Darwin - EXTRAS". Przyznam, że nie wiem czy oryginalnie ma on coś wspólnego z serią. Trwa pół godziny i składa się z trzech krótkich opowieści o ewolucji trzech wybranych gatunków zwierząt z Galapagos. Nie ma bezpośredniego związku z trzema odcinkami omówionymi wyżej.

17 czerwca 2009

Dwa filmy Davida Attenborough o ewolucji

Ostatnio trafiłem na rewelacyjnego bloga Atheist Movies. Nazwa trochę myląca, bo są na nim nie tylko filmy i nie tylko ateistyczne. Dla mnie największą gratką są oczywiście filmy o religii i ewolucji i nie ukrywam tutaj - nawiązując jeszcze do nazwy bloga - że stawianie znaku równości między ewolucją a ateizmem mi osobiście odpowiada. Chciałbym dzisiaj napisać krótko o kilku filmach ściągniętych z Atheist Movies.

Na początek film Davida Attenborough pt. "The Link. Uncovering our earliest ancestor?". Tak tak, chodzi o Idę, czyli o skamieniałość "lemura" sprzed 47 milionów lat, o której ostatnio zrobiło się głośno, gdyż ma to być nasz najwcześniejszy znany przodek (zwracam jednak uwagę na znak zapytania w tytule). Akurat sam moment ogłoszenia odkrycia mnie ominął. Wracam sobie z konferencji naukowej po tygodniu nieobecności, a tu mi ludzie o jakimś lemurze mówią. Na początku nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale szybkie śledztwo wszystko wyjaśniło. Uznałem, że obejrzenie filmu będzie najlepszą metodą nadrobienia braków. Od razu przyznam, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony film jest naprawdę niesamowity - kilkadziesiąt lat doświadczenia w kręceniu dokumentów przyrodniczych robi swoje i pod względem prezentacji David Attenborough jak zawsze stanął na szczycie zadania. Film jest wciągający, niesamowicie pobudza wyobraźnię i bardzo przystępnie przedstawia kolejne badania prowadzone nad skamieniałością. Jednak z drugiej strony razi mnie nieco sensacyjny charakter przedstawienia informacji. Naukowcy otwarcie mówią, że "w chwili opublikowania odkrycie to będzie niczym meteor uderzający w Ziemię". Panowie, nieco pokory! Ja rozumiem, że to niezwykle obiecujące znalezisko i potencjalny kamień milowy na miarę Lucy, a nawet większy - 47 milionów lat to jednak gigantyczny szmat czasu. Odkrycie zostało jednak dopiero co ogłoszone, nie przesądzajmy z góry o jego rewolucyjności. Poczekajmy aż szerokie grono naukowców uzyska dostęp do skamieniałości. Niech hipotezy postawione przez pierwszych badaczy zostaną krytycznie zweryfikowane przez środowisko naukowe. Dopiero z perspektywy czasu będziemy mogli ocenić czy Ida zrewolucjonizowała naszą wiedzę o pochodzeniu człekokształtnych. Tyle moich zastrzeżeń. Nie zmieniają one jednak faktu, że film zdecydowanie wart obejrzenia, przede wszystkim jako solidna i bardzo przystępna dawka informacji na temat tego co do tej pory wiemy o Idzie.


Kolejnym filmem ściągniętym z Atheist Movies jest, wspomniany już na blogu i emitowany w TVP, film "Charles Darwin and the Tree of Life". Prowadzącym jest David Attenborough i tym razem nie zawiódł ani odrobinę. Film jest bardzo przekrojowy i obejmuje nieprawdopodobną wręcz ilość informacji. W ciągu zaledwie godziny Attenborough prezentuje proces powstawania teorii ewolucji, wpływ podróży na Beagle na Darwina czy jego późniejsze badania w Down House i liczną korespondencję z hodowcami. Poznajemy prywatne życie Darwina, jego relacje z głęboko wierzącą żoną Emmą i przebieg pierwszego odczytu prezentującego teorię ewolucji. Tutaj drobna uwaga - do tej pory byłem przekonany, że Darwin dokonał odczytu osobiście. W rzeczywistości było jednak inaczej. Zarówno przemówienie Darwina jak i Wallace'a zostały odczytane przez sekretarza. Wallace był nieobecny, gdyż znajdował się w tym czasie w Indiach, a Darwinowi kilka dni wcześniej zmarł syn i był zdruzgotany po jego śmierci. Około pół filmu poświęcone jest temu co się działo po opublikowaniu "O powstawaniu gatunków", w szczególności przedstawiony jest przebieg sporu Darwina z Richardem Owenem. Końcówka filmu to krótki mini-wykład o ewolucji. Powtórzę się, ale jestem pod wrażeniem ilości faktów, które udało się umieścić w zaledwie godzinnym filmie. Narracja Davida Attenborough w jego prawdziwie poetyckim stylu nie pozwala ani na moment się nudzić. Jeśli ktoś chciałby poznać życie Karola Darwina i proces powstawania teorii ewolucji, a nie ma czasu na czytanie biografii, to ten film będzie doskonałym substytutem.

I na koniec informacja przydatna przy ściąganiu plików. Wszelkie materiały na Atheist Movies udostępniane są przez Rapidshare. W celu zautomatyzowania ściągania polecam wykorzystać skrypt zamieszczony w 31-szym numerze Dragonia Magazine. Skrypt napisany jest w Perlu z przeznaczeniem pod system Linux (użytkownicy Windowsa mają niestety pecha). Bardzo fajna sprawa, wystarczy umieścić w pliku tekstowym odpowiednie linki, a reszta zrobi się sama bez jakiegokolwiek udziału z naszej strony.