Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biologia. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2013

Pocztówka z Cambridge i Londynu

Witam wszystkich wiernych czytelników. Wiernych, bo po ponad dwóch latach braku aktywności chyba tylko tacy mi zostali. Zawsze kiedy zabieram się do pisania posta po tak długiej przerwie czuję potrzebę wytłumaczenia się czemu zaniedbałem pisanie. Pamiętam, że kiedy założyłem bloga ktoś mi prorokował (sic!), że zapał do pisania szybko mija. Ta osoba była w błędzie - nadal lubię blogować. Problem w tym że ostatnio nie bardzo mam o czym. Literatury popularno-naukowej praktycznie nie czytam (chociaż jest pewna nadzieja że to się niedługo zmieni), a na walkę z ludzką głupotą chyba już nie mam siły. Z innych informacji które mogą was zaciekawić - w ciągu dwóch lat które upłynęły od napisania poprzedniego posta dorobiłem się jakże zaszczytnego tytułu doktora nauk technicznych i dalej kroczę ścieżką kariery naukowej. Tyle słowem wstępu, pora na treść właściwą.

Jestem aktualnie na kilkumiesięcznym stażu naukowym w Cambridge. Tym brytyjskim, gdzie jest University of, nie tym amerykańskim gdzie jest MIT i Harvard. Miasto naprawdę uniwersyteckie, ociekające nauką na każdym kroku. Jedną z atrakcji - poza starymi koledżami - jest oficjalna księgarnia Cambridge University Press, która na dwóch piętrach mieści książki na praktycznie każdy, nawet najbardziej egzotyczny, temat naukowy (do moich osobistych faworytów należą książki o "Językach migowych i komunikacji niewerbalnej w średniowiecznych klasztorach wymagających ślubów milczenia" i "Wyobrażenia Iwana Groźnego w rosyjskim folklorze"). No i oczywiście nie może zabraknąć Darwina - "oczywiście", bo przez pewien okres czasu studiował w Cambridge, przygotowując się do kariery duchownego - którego książki wydawane są tutaj na wszystkie możliwe sposoby. Tak wygląda półka we wspomnianej księgarni:

Te zielone tomy na górnej półce to kolekcja listów Darwina - gdzieś pod koniec czerwca wyszedł 20 tom i chyba będą kolejne. Nie ukrywam, że bardzo mnie kusiło kupienie czegoś niedostępnego w Polsce, ale zreflektowałem się że w domu czeka na mnie jeszcze nieprzeczytana "Podróż na okręcie Beagle". Sprawiłem sobie natomiast dwie książki E.O.Wilsona. Jedna to napisana wspólnie z Bertem Holldoblerem "Superorganism. The Beauty, Elegance, and Strangeness of Insect Societies", druga to króciutkie "Letters to a Young Scientist".

Na inną ciekawostkę natrafiłem na spacerze w pobliżu domu. Otóż udałem się na cmentarz Ascension Parish Burial Ground - tutejsze cmentarze z kamiennymi, stuletnimi płytami i celtyckimi krzyżami zdobionymi plecionkami naprawdę mają swój urok. Chodząc po cmentarnej alejce zauważyłem taki nagrobek:

Tak, dobrze widzicie (tzn. zobaczycie jak powiększycie zdjęcie) - "Horace Darwin, son of Charles Darwin". No to w domu do gugli i sprawdzanie. Faktycznie, syn tego Karola Darwina (jak by Karolów Darwinów było wielu...). Wspomniany cmentarz w ogóle okazuje się być ciekawym miejscem - leży na nim mnóstwo naukowców i wybitnych osobistości, w tym trzech noblistów. BBC twierdzi nawet, że "cmentarz może mieć nagromadzone najwięcej IQ na jednostkę powierzchni niż jakikolwiek inny cmentarz na świecie". No, to teraz muszę tylko odkryć jeszcze kilka wybitnych rzeczy i może po śmierci będę mógł się znaleźć w tym doborowym towarzystwie. Byle tylko nie odkryć za dużo, bo skończę jak Darwin, którego w ramach psikusa pochowano w Opactwie Westminsterskim w Londynie.

Londyn też udało się odwiedzić, chociaż w Opactwie Westminsterskim nie byłem, bo dla takiego bezbożnika jak ja 18 funtów to jednak trochę za dużo jak za wstęp do kościoła. Odwiedziłem natomiast Natural History Museum. Gmach muzeum naprawdę robi wrażenie. Po pierwsze jest monumentalny. Po drugie jest zdobiony motywami związanymi z historią naturalną, zarówno za zewnątrz jak i w środku:
 

No i wrażenie robi kolejka, w której trzeba stać przez jakieś 30 minut żeby w ogóle dostać się do środka. Kiedy już uda się wejść, na samym środku hallu zwiedzających wita szkielet dinozaura, a za nim, na schodach, posąg Darwina:
 

Sir Alfred Russel Wallace już chyba na zawsze pozostanie w cieniu Darwina (chociaż tu na zdjęciu akurat jest w świetle):
 
 
Niestety, o samych eksponatach wystawianych w muzeum nie mogę powiedzieć wiele dobrego. Po prostu jest ich mało! Muzeum skupiło się na organizowaniu wystaw edukacyjnych stawiających na interakcję ze zwiedzającym, pokazywaniu gumowych modeli albo plastikowych replik autentycznych artefaktów. Nie ma się co dziwić, że kreacjoniści krzyczą o braku dowodów na ewolucję, skoro największe muzeum historii naturalnej na świecie prawie nic nie pokazuje. Nie powiem że "nic nie pokazuje" bo nie było by to prawdą - jest kilka ciekawych skamieniałości gadów morskich, dinozaurów i wielkich ssaków, ale można by je zmieścić na kilkukrotnie mniejszej powierzchni. A skoro o dinozaurach mowa, to największą porażką okazała się właśnie sala z dinozaurami. Do niej jest osobna kolejka, która wygląda tak:
 

To co widzicie na filmiku to niecała połowa kolejki. Dalej kolejka ciągnie się już w sali wystawowej, po rampie prowadzącej nad ekspozycją właściwą z której można podziwiać szkielety kilku dinozaurów uzupełnione całym mnóstwem plastikowych "eksponatów". Całość posuwa się w żółwim tempie, a na samym końcu kolejki znajduje się sala w której umieszczono, jakże ciekawy, ruchomy model Tyranozaura. Kilka osób stoi i robi mu zdjęcia (bo to atrakcja taka że hej!), reszta ich wymija i czym prędzej rusza na zwiedzanie ekspozycji właściwej. Prawdę mówiąc większego bezsensu organizacyjnego dawno nie widziałem.
Najciekawsza część muzeum znajduje się na jego szarym końcu. Jest to Darwin Center, które gromadzi okazy zwierząt z całego świata. Aktualnie mają 28 milionów owadów i 27 milionów innych zwierząt. Część z tych okazów wystawiona jest w formalinie na pokaz zwiedzających, resztę można podziwiać przyklejając się do szyb za którymi kryją się tysiące regałów z preparatami. 
Ogólnie rzecz biorąc, londyńskie Muzeum Historii Naturalnej to jakaś porażka. Mam poczucie zmarnowania czasu, ale przynajmniej zaspokoiłem ciekawość. Dodam jeszcze że muzeum Nauk o Ziemi w Cambridge na kilkunastokrotnie (a może i kilkudziesięciokrotnie) mniejszej powierzchni oferuje zwiedzającym kilka razy więcej eksponatów. Jeśli będziecie mieć okazję je zobaczyć to jej nie zmarnujcie.

28 stycznia 2010

Wielcy przyrodnicy - Od Arystotelesa do Darwina

Pod koniec 2009 roku, nakładem PWN, w księgarniach pojawiła się książka "Wielcy przyrodnicy. Od Arystotelesa do Darwina". Przeglądając półki z literaturą popularnonaukową trudno było nie zwrócić na nią uwagi. Po pierwsze, duży format (19x25,6 cm) i objętość (304 strony). Po drugie, książka prezentuje się niesamowicie od strony wizualnej - twarda oprawa, szycie, papier rewelacyjnej jakości, no i całe mnóstwo kolorowych ilustracji, zarówno umieszczonych w tekście jak i całostronicowych. Wiedziałem, że muszę ją mieć. Cena okładkowa - 99 PLN - nieco odstrasza, ale szczęście dopisało i udało mi się znaleźć ją w antykwariacie za jedyne 46 złotych. Dziś mogę w końcu pokusić się o recenzję.

Książka jest pracą zbiorową napisaną pod redakcją niejakiego Roberta Huxley'a. Przedstawia postacie 40 najwybitniejszych przyrodników, począwszy od czasów starożytnych, a na XIX wieku skończywszy. Tutaj pozwolę sobie zacytować książkę:
W tej książce celowo ograniczyliśmy historię naturalną przede wszystkim do historii odkrycia, opisu, klasyfikacji i zrozumienia organizmów jako jednej całości. Nie zostali uwzględnieni badacze, których interesowały szczegóły wewnętrznego funkcjonowania żywych istot czy też specyficzne procesy geologiczne - chyba że ich badania miały szersze znaczenie. Z tej przyczyny pominięto wielu znakomitych autorów pionierskich prac, takich jak angielski lekarz William Harvey, który opisał krążenie krwi, czy też Louis Paster, słynny francuski mikrobiolog.
Żeby być bardziej konkretnym powiem, że w książce opisano następujących badaczy: Arystoteles, Teofrast, Pedanios Dioskurydes, Pliniusz Starszy, Leonhart Fuchs, Ulisses Aldrovandi, Andrea Cesalpino, Pierre Belon, Konrad Gessner, Nicolaus Steno, John Ray, Robert Hooke, Antony van Leeuwenhoek, Sir Hans Sloane, Maria Sibylla Merian, Mark Catesby, Karol Lineusz, Comte de Buffon, Georg Steller, Michael Adanson, Erazm Darwin, William Bartram, Joseph Banks, Johann Christian Fabricius, James Hutton, Jean-Baptiste Lamarck, Antoine-Laurent de Jussieu, Georges Cuvier, William Smith, Alexander von Humboldt, John James Audubon, William Buckland, Charles Lyell, Mary Anning, Richard Owen, Jean Louis Rodolphe Agassiz, Karol Darwin, Alfred Russel Wallace i Asa Gray. Kiedy pierwszy raz zerknąłem do spisu treści poczułem się nieswojo - pomimo kilkuletniego zainteresowania biologią, większość nazwisk była mi kompletnie obca. No cóż, gdybym wiedział wszystko, nie musiałbym czytać książek. Postacie badaczy zostały pogrupowane według okresów historycznych - od Starożytności, przez Renesans, Oświecenie, aż do XIX wieku (zgadnijcie, czemu pominięto Średniowiecze).

Jak przedstawia się zawartość merytoryczna? Książka liczy 304 strony, z czego kilkanaście odchodzi na indeks, bibliografię itp. Do tego każda epoka historyczna podsumowana jest na kilku-kilkunastu stronach. Tak więc na biografie pozostaje ok. 270 stron. Po podzieleniu tej liczby przez 39 - bo tylu przyrodników zostało opisanych - okazuje się, że na jedną osobę przypada średnio ok. 7 stron. Uwzględnijmy jeszcze liczne ilustracje, zajmujące zarówno całe strony jak i wstawione w tekst, i łatwo dochodzimy do wniosku, że od strony merytorycznej książka musi być pobieżna. Wystarczy powiedzieć, że Karolowi Darwinowi poświęcono 10 stron, a Lyellowi zaledwie cztery (a po odjęciu ilustracji, niecałe dwie i pół!). Efekt był taki, że gdy siadałem na dłużej nad książką i czytałem pięć czy sześć biografii pod rząd, to wszystkie potem zlewały się w jedno, i gdyby ktoś przepytał mnie kto czego dokonał, to miałbym spore problemy z odpowiedzią. Właściwie każdy w książce to pionier albo ojciec czegoś tam, ale jak wszyscy są wyjątkowi to w rezultacie nikt się niczym nie wyróżnia. Z drugiej strony, gdy zasiadłem do pisania tej recenzji, stwierdziłem że część nieznanych mi wcześniej nazwisk w spisie treści kojarzę z konkretnymi dokonaniami - coś mi więc z tej lektury zostało w głowie.

Jedną rzecz muszę wytknąć polskiemu wydaniu. W tekście bardzo licznie pojawiają się tytuły dzieł przyrodniczych. Pozostawiono je w oryginalnym brzmieniu - w z decydowanej większości przypadków jest to łacina, francuski lub angielski - dodając w nawiasach polskie tłumaczenie. Niestety, zabrakło konsekwencji, bo o ile początkowo wszystkie tytuły są tłumaczone, to w którymś momencie tłumaczenia znikają, a czytelnik zostaje sam na sam z francuskim bełkotem. Bardzo frustrujące.

Ciężko podsumować książkę, szczególnie w kontekście wysokiej ceny. Czy warto wydać 100 złotych na "Wielkich przyrodników"? Patrząc tylko od strony merytorycznej, raczej nie. Nie mówię, że nie warto przeczytać książki. Jest to doskonałe "streszczenie" historii badań przyrodniczych i przedstawia postacie, o których nigdzie indziej się już nie przeczyta. Jednak to nie strona merytoryczna stanowi o atrakcyjności tej pozycji, lecz jej strona wizualna. Proponuję po prostu wybranie się do empiku, obejrzenie książki na własne oczy i podjęcie samodzielnej decyzji.

26 grudnia 2009

"Nasza wewnętrzna menażeria" - Neil Shubin

Popełniłem błąd. Kiedy kilka miesięcy temu Prószyński i S-ka wydał książkę "Nasza wewnętrzna menażeria" ("Your inner fish") Neila Shubina właściwie całkowicie ją zignorowałem. No, może nie całkowicie, bo pokusiłem się o jej przejrzenie w księgarni, ale jakimś dziwnym trafem nie uznałem tej książki za godną uwagi. Refleksja przyszła podczas czytania Coyne'a (patrz poprzedni wpis), który odwoływał się właśnie do tej książki Shubina. Udałem się więc do księgarni, by po raz kolejny przejrzeć książkę i doszedłem do wniosku, że za pierwszym razem musiałem mieć chyba jakieś zaćmienie umysłowe, że uznałem ją za nieciekawą. Na szczęście jest to jeden z tych błędów, które bardzo łatwo naprawić - co też uczyniłem.

Neil Shubin jest jednym z odkrywców Tiktaalika - formy przejściowej między rybami a płazami. "Nasza wewnętrzna menażeria" została napisana po dokonaniu tego odkrycia. Książka liczy sobie niecałe 200 stron. Pomimo niewielkiej objętości autorowi udało się w niej upchnąć aż 11 rozdziałów, a także krótki wstęp, epilog, szczegółowo opisaną bibliografię, podziękowania oraz całe mnóstwo ilustracji. Książka porusza tematykę z pogranicza paleontologii, embriologii, genetyki i anatomii porównawczej. Zabrzmiało bardzo fachowo? Bez obaw, Shubin pisze przystępnym językiem i nie trzeba mieć jakiegokolwiek przygotowania teoretycznego ze wspomnianych dziedzin, żeby zrozumieć książkę. Tak właściwie to jest to bardzo ciekawe wprowadzenie do tych dziedzin (z wyjątkiem może genetyki - tutaj w sumie dobrze jest coś wiedzieć). To co najbardziej mnie uderzyło w książce to ciekawy i oryginalny dobór tematyki - właściwie cała książka pokazuje podobieństwa pomiędzy ciałem ludzi i innych zwierząt. Autor nie ogranicza się tutaj - wbrew angielskiemu tytułowi - do porównań z rybami, ale idzie dalej pokazując podobieństwa łączące nas z owadami, meduzami czy gąbkami. Trudno tu mówić o podobieństwie anatomicznym, dlatego też autor sięga do genetyki, pokazując że prostsze wersje naszych genów obecne były już u tych najprostszych zwierząt (a nawet u organizmów jednokomórkowych). Osobne rozdziały poświęcone są m.in. dłoniom, zębom, głowie, oczom, uszom, węchowi. Spory udział w książce ma też opis samego Tiktaalika oraz przebiegu wypraw, które doprowadziły do jego odkrycia. O ile opisy wypraw paleontologicznych i różnych przygód przeżytych w terenie są bardzo ciekawe, o tyle pełne emocjonalnych uniesień opisy sekcji zwłok i godzin spędzonych w prosektorium nijak do mnie nie przemawiają. Uprzedzam po prostu, że książka zawiera sporo fragmentów o charakterze pamiętnikarskim, co jednak wychodzi jej na plus (pomimo opisu sekcji :) ).

Jeśli na podstawie powyższego opisu nie jesteście pewni, czy warto czytać książkę to polecam odwiedzić oficjalną stronę internetową Tiktaalika i książki. Znajdziecie na niej liczne zdjęcia (zarówno z wypraw terenowych jak i z laboratoriów oraz muzeów), ilustracje z książki zamieszczone w formie slajdów Power Pointa, rysunki Tiktaalika, zdjęcia jego rekonstrukcji, trójwymiarowe modele znalezionych kości, opisy ekspedycji i wiele więcej. Z mojej strony to tyle.

15 listopada 2009

The Selfish Green

Za sprawą bloga Atheist Movies dotarłem do kolejnego ciekawego dokumentu wyemitowanego przez czwarty kanał telewizji BBC. "The Selfish Green" - bo o nim tu mowa - stanowi zapis debaty z 2005 roku poświęconej ochronie środowiska. Wzięli w niej udział Jane Goodall (wieloletnia badaczka szympansów), Sir David Attenborough (chyba nie muszę przedstawiać?), Richard Leakey (jeden z najbardziej znanych antropologów) oraz Richard Dawkins. Przyznam, że pomimo mojej sympatii do Dawkinsa, wydawał mi się on początkowo nie pasować do tego grona i uznałem, że zamiast niego chętniej zobaczyłbym E.O.Wilsona. Okazało się jednak, że byłem w błędzie - Dawkins wniósł bardzo dużo do dyskusji. Jej kluczowym tematem było pytanie co należy zrobić, żeby zapobiec katastrofie środowiska naturalnego, która właśnie ma miejsce. Odpowiedzią, która przewijała się chyba najczęściej była ludzka bieda. Zgodność dyskutantów była duża - trzeba pomóc najuboższym z krajów Trzeciego Świata, bo człowiek który umiera z głodu nie zastanawia się czy zwierzę które akurat zabija jest pod ochroną czy nie. No i trzeba obniżyć standard życia w krajach zachodnich (mowa głównie o USA, chociaż my, europejczycy, też nie jesteśmy pod tym względem idealni) - Ziemia po prostu nie ma tylu zasobów, żeby zapewnić wszystkim zachodni standard życia. Ciekawe, że przy takich dyskusjach właściwie nie mówi się o ścisłej kontroli urodzin jako rozwiązaniu problemu przeludnienia. Owszem, jest to rozwiązanie które zdecydowanej większości ludzi wydaje się niehumanitarne i kojarzy się z Chinami, ale chyba lepiej ograniczyć rozmiar populacji przez kontrolę urodzeń niż przez śmierć głodową. W tej kwestii ciekawe rozwiązanie podała Jane Goodall - edukacja kobiet. Pomysł wynika z obserwacji, że w miarę wzrostu wykształcenia kobiet, maleje ilość dzieci w rodzinie. Cóż, nie jestem pewien czy pomysł ten da się wprowadzić w życie dostatecznie szybko, ale myślę że mógłby się sprawdzić (patrząc na kraje wysoko rozwinięte, gdzie przyrost naturalny bywa ujemny można śmiało stwierdzić, że pomysł wydaje się działać).



Jedyne co mnie denerwowało w "The Selfish Green" to osoba prowadzącego dyskusję. Zwracając się do Dawkinsa ciągle mówił o tym jakie to samolubne są nasze geny i jak ślepi jesteśmy my jako ich marionetki. Kojarzy mi się z to z tymi najgłupszymi zarzutami wysuwanymi pod kątem "Samolubnego genu", wynikającymi z totalnego niezrozumienia przesłania książki i dosłownego traktowania metafor. Tym bardziej podziwiam Dawkinsa, który tłumaczył wszystko na spokojnie od podstaw, chociaż pewnie powtarzał to już setki razy przez ostatnie 33 lata. Nie zmienia to jednak faktu, że "The Selfish Green" jest dobrą okazją do wysłuchania czterech wybitnych postaci świata nauki i ochrony przyrody. Jeśli macie 50 minut wolnego czasu, to jak najbardziej polecam.

9 lipca 2009

Nauka a kreacjonizm: Włącz swoją inteligencję

W 2007 roku, a więc względnie niedawno na polskim rynku nakładem CiS ukazała się książka "Nauka a kreacjonizm: o naukowych uproszczeniach teorii inteligentnego projektu" (w oryginale: "Intelligent Thought: Science Versus the Intelligent Design Movement") będąca zbiorem szesnastu esejów pod redakcją Johna Brockmana. Książkę tą omijałem szerokim łukiem. Powód? Ależ proszę bardzo: kreacjonizm to totalny absurd, teoria inteligentnego projektu to kreacjonizm w przebraniu, po co więc poświęcać czas na czytanie krytyki koncepcji o której i tak nie da się niczego pozytywnego napisać? Ostatnio jednak zmieniłem zdanie i uznałem, że może jednak warto dowiedzieć się co na temat ID mają do powiedzenia współcześni naukowcy. Wśród autorów esejów znajdują się m.in. Jerry A. Coyle, Daniel C. Dennett, Richard Dawkins, Steven Pinker czy Lee Smolin. Reszta nazwisk jest mi obca - z reguły są to profesorowie z amerykańskich uniwersytetów, będący przy okazji autorami książek popularnonaukowych. Pełna lista autorów dostępna jest na stronie CiS.

Jak więc prezentuje się książka? Po pierwsze nie do końca byłem pewien czego właściwie od książki oczekuję. Może to i lepiej, bo nie mając sprecyzowanych oczekiwań miałem mniejsze szanse na rozczarowanie. Przede wszystkim książka jest pisana - jak już wspomniałem - przez amerykanów i odnosi się do amerykańskich realiów. Osoby śledzące działania kreacjonistów w Ameryce wiedzą, że sytuacja wygląda niewesoło (w tym miejscu pragnę przypomnieć jeden z niedawnych wpisów, poświęcony Expelled). Co rusz słychać o kolejnych legislacyjnych próbach wprowadzenia ID na lekcjach biologii. Na szczęście z reguły są to próby nieudane, ale ilość takich inicjatyw jest zatrważająca. Jeszcze straszniejsze jest to, że ruch ID ma bardzo duże szanse na przekonanie do siebie sporej części niezbyt dobrze wykształconego amerykańskiego społeczeństwa. To właśnie te zagrożenia stanowiły impuls do powstania omawianej książki.

Eseje umieszczone w "Nauka a kreacjonizm" trzymają różny poziom. Niektóre niezwykle wciągają, inne można skwitować wzruszeniem ramion (rozczarował mnie Dawkins, którego esej obraca się wokół jednego argumentu przeciw ID: kto zaprojektował projektanta?). Tak naprawdę to tematyka samych esejów jest bardzo rozległa: niektóre skupiają się na wykazywaniu nienaukowości ID (np. bardzo dobry esej Dennetta), inne nie wspominają o ID ani słowem, a zamiast tego skupiają się na dowodach ewolucji (świetne eseje Tima D. White'a o ewolucji człowieka i Neila H. Shubina o przejściu ewolucyjnym od ryb do zwierząt lądowych). Niestety, jak dla mnie całość jest trochę chaotyczna. W jednym momencie czytam o ewolucji moralności, by za chwilę przeskoczyć na kosmologię. Po przeczytaniu esejów uświadomiłem sobie, czego podświadomie oczekiwałem od książki: pewnego rodzaju wsparcia merytorycznego w dyskusji ze zwolennikami kreacjonizmu bądź poglądów, że Kościół wspiera ewolucję. Z tego zadania książka wywiązuje się w ograniczonym zakresie. Najbardziej przydatny pod tym względem jest aneks do książki zawierający fragment uzasadnienia orzeczenia amerykańskiego sądu okręgowego środkowego Okręgu Pensylwanii w sprawie Kitzmiller vs. Dover (była to sprawa wytoczona Dover Area School Distrcit po tym jak rada szkolna w Dover wprowadziła ID do programu nauczania). Fragment orzeczenia streszcza przebieg procesu, zeznania biegłych (m.in. kompromitujące zeznania profesora Behe, będącego jednym z głównych promotorów ID) i stanowi skondensowaną dawkę świadectw i argumentów przeciwko ID.

Duży plus należy się wydawnictwu CiS za posłowie do polskiego wydania. Poświęcone jest ono wypowiedzi wiceministra edukacji Mirosława Orzechowskiego, który w październiku 2006 stwierdził m.in. że
"Teoria ewolucji to kłamstwo. Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim, mogłaby np. stać się kanwą filmu science fiction. "
Wypowiedź ta odbiła się dużym echem w kraju (i niewielkim za granicą, chociaż komentowało ją nawet "Nature"). Posłowie przytacza listy protestacyjne wystosowane przez instytucje naukowe i/lub kościelne w sprawie wypowiedzi ministra. W momencie wydawania książki była to sprawa dosyć świeża. Na szczęście mamy już za sobą czasy kiedy ignoranci z LPR piastowali stanowiska w Ministerstwie Edukacji.

Dla porządku dodam, że polskie wydanie trzyma standardy CiSu. Twarda okładka, dobry papier (przynajmniej ja bardzo taki lubię), solidne tłumaczenie opatrzone dodatkowo przypisami. Na minus kilka literówek i koszmarna okładka (wygląda jakby składano ją na kilka godzin przed oddaniem książki do druku).

"Nauka a kreacjonizm" to książka w miarę dobra. Nie żałuję czasu poświęconego na jej przeczytanie, ale też nie żałuję, że do tej pory ją omijałem. Owszem, znajduje się w niej sporo naprawdę ciekawych esejów, można dowiedzieć się co nieco o ewolucji czy o samym ID, jednak po skończonej lekturze odczuwam pewien niedosyt (a może niesmak?). Myśl przewodnia jest luźno potraktowana, dlatego w rezultacie mamy nieco chaotyczną książkę o wszystkim. Mi to momentami przeszkadzało. Ponadto cena - 38 złotych - sprawia, że warto się mocno zastanowić przed zakupem. Myślę, że te pieniądze można zainwestować w lepszą lekturę.

10 maja 2009

Lord of the Ants

Na YouTubie można obejrzeć prawie godzinny film biograficzny poświęcony E.O. Wilsonowi. Godzina to bardzo niewiele żeby opowiedzieć wszystko o takim uczonym, jednak jest to dobry przekrój tego czym Wilson się zajmował i zajmuje do tej pory. Mowa jest oczywiście o mrówkach, Socjobiologii i walce o utrzymanie bioróżnorodności. Na łączu 1Mb można bez najmniejszych problemów obejrzeć film w wysokiej jakości. Gorąco polecam. Oto link : http://www.youtube.com/watch?v=wKbj3ZDmvdU

12 kwietnia 2009

Sweet dreams are made of these

Witam po długiej przerwie spowodowanej najzwyklejszym w świecie brakiem czasu. Z okazji świąt mam jednak kilka dni wolnego i udało się w końcu znaleźć chwilę, żeby coś skrobnąć. Dzisiaj na tapetę pójdzie książka Daniela Dennetta "Słodkie sny. Filozoficzne przeszkody na drodze do nauki o świadomości", przeczytana już jakieś trzy tygodnie temu. Dwie wcześniejsze książki tego autora - "Natura umysłów" i "Odczarowanie" - były dla mnie ciekawą lekturą (szczególnie ta druga), dlatego też bez wahania sięgnąłem po kolejną, wydaną u nas w 2007 roku. Przy okazji - są to jedyne trzy książki tego autora wydane w naszym kraju. Jak dotąd nie doczekaliśmy się (i ciekaw jestem czy kiedykolwiek się doczekamy) książki "Darwin's Dangerous Idea". Szkoda.

Książka składa się ośmiu rozdziałów, będących zaadaptowanymi do formy książkowej wykładami wygłaszanych przez Dennetta. Stanowi ona głos autora w dyskusji na temat teorii świadomości. I tutaj wychodzi na jaw pierwszy haczyk - autor polemizuje z poglądami innych autorów, sprzeciwia się bądź opowiada za tezami innych filozofów. W sposób milczący założone jest tym samym pewne obeznanie czytelnika z tematem. Oczywiście, autor przytacza stosowne wpowiedzi i cytaty do których się odwołuje, jednak przyznam, że ciężko mi się było momentami w niektórych rzeczach połapać i szersza znajomosć kontekstu całej dyskusji wydaje się bardzo wskazana. Wskazane jest również ogólne obeznanie z filozofią ze względu na język stosowany przez autora. Wywód staje się momentami skomplikowany, wchodząc w różne filozoficzne subtelności. Muszę przyznać, że wielokrotnie się w nim gubiłem i nieraz nie byłem w stanie dotrzeć do sedna wypowiedzi autora. Tym samym niektóre z wątków książki mi umknęły. Na szczęście dotyczy to tylko kilku kwestii - pozostałe były wyłożone w sposób łopatologiczny. Muszę przyznać, że koncepcje Dennetta są ciekawe i - w oczach filozoficzneo laika - wiarygodne. Dennett oczywiście odrzuca dualizm, przekonuje, że filozofowie doszukujący się w świadomości jakiegoś tajemniczego pierwiastka, którego nauka nigdy nie zdoła zidentyfikować (czyli po prostu "duszy"), ulegają takiemu samemu złudzeniu jak niegdyś witaliści, doszukujący się w materii ożywionej jakiejś tajemniczej siły, odróżniające ją od materii nieożywionej. Nie jest to w sumie dla mnie żadnym zaskoczeniem - pogląd ten wyrażał już Dennett w swoich innych książkach. Jest to zresztą pogląd, w moim mniemaniu, słuszny. Książka ma jeszcze pewną drobną wadę - jej fragmenty sie powtarzają. Wynika to z, wspomnianego na początku, pierwotnego charakteru tekstu, a więc wykładów wygłaszanych przez autora. Pewne fragmenty musiały zostac powtórzone, żeby zachować ciągłość wywodu w ramach rozdziału. W sumie nie jest to aż tak uciążliwe, gdyż dotyczy to raptem kilku akapitów tekstu.

Podsumowując, "Słodkie sny" nie zaliczają się do kategorii książek popularnonaukowych, tak jak nie zalicza się do niej "Fenotyp rozszerony" Dawkinsa. Podobnie jak w przypadku "Fenotypu", wymaga się od czytelnika obeznania z tematyką książki, inaczej bowiem może on wynieść z niej niewiele. Osoby zainteresowane filozofią z pewnością uznają "Słodkie sny" za naprawdę ciekawą lekturę, pozostali mogą spróbować, ale prawdopodobnie znajdą coś ciekawszego do czytania.

25 stycznia 2009

Przyszłość życia?

No tak, zbliżająca się sesja i praca nad doktoratem robią swoje - trzy tygodnie bez wpisu. Na szczęście znajduję czas na czytanie (z pisaniem gorzej), bowiem przeczytałem "Przyszłość życia" Edwarda O. Wilsona. Przypomnę od razu, że kilka książek tego uczonego gościło już na moim blogu. Były to "O naturze ludzkiej", "Różnorodność życia" oraz "Społeczeństwa owadów" i "Podróż w krainę mrówek".

Już bez dalszych zbędnych wstępów przejdę do sedna. Jak łatwo się domyślić z tytułu, w tej książce Wilson rozprawia o przyszłości naszej planety, a w szczególności dzikiej przyrody i nas samych. 7 rozdziałów poprzeplatane jest licznymi ciekawostkami ze świata przyrody ("Bo dziwny jest ten świat..."). Wiedzieliście, że istnieją bakterie potrafiące żyć przy natężeniu promieniowania wynoszącym milion radów (po wystawieniu na 1000 radów człowiek umiera w ciągu jednego do dwóch tygodni)? Co więcej, niektóre osobniki tych bakterii przeżywają nawet 3 miliony radów. Podobnych faktów jest w książce całkiem sporo i muszę przyznać, że takie fragmenty czytałem z prawdziwą przyjemnością. Niestety, nie mogę tego powiedzieć o całości książki. Uważam Wilsona za poważnego naukowca i liczyłem na poważną (popularno)naukową książkę. Miałem nadzieję, że Wilson przedstawi jakąś w miarę rzeczową i kompleksową analizę przyszłości życia. Z tego zadania po części się wywiązał, jednak bardzo wiele do życzenia pozostawia forma. Postaram się na kilku przykładach pokazać o co mi chodzi.

Na początek fragment, w którym Wilson pisze o ekonomiście, który starał się odpowiedzieć, z ekonomicznego punktu widzenia, czy bardziej opłaca się zabić wszystkie płetwale błękitne już teraz, czy też bardziej opłaca się ograniczyć połowy tak żeby gatunek przetrwał i dało się na nim zarabiać w przyszłości:
Tak więc Clark zapytał, co zapewni ludzkości i wielorybnikom większy dochód: czy zaprzestanie polowań, stworzenie warunków do odnowienia populacji, a następnie przyjęcie rozsądnych limitów odłowów pozwalających kontynuować polowanie bez obawy, że zabraknie zwierzyny, czy też wybicie reszty populacji tak szybko jak to tylko możliwe i zainwestowanie zysków na giełdzie. Odpowiedź wprawia w zakłopotanie: przy oprocentowaniu powyżej 21% rocznie należy wszystkie zabić, a pieniądze zainwestować.
Gdzie tkwi błąd w tym rozumowaniu?
No właśnie, gdzie? Bo odpowiedź faktycznie w zakłopotanie wprawia. Cóż, nie widziałem modelu Clarka na oczy, ale myślę że musiał pominąć coś, co sprawia że jego wyliczenia można uznać za niepewne. Ciekaw jestem na przykład, czy uwzględnił to, że powiedzmy za kilkaset lat z polowań będzie mogło wyżyć ileś tam rodzin, podczas gdy pieniądze pozostaną w rękach tych, którzy wybili płetwale. No i te 21% to bardzo optymistyczne założenie. No więc gdzie tkwi błąd? Oddajmy głos Wilsonowi:
Odpowiedź Colina Clarka wydaje się bardzo prosta. Wyrażona w dolarach i centach wartość martwego płetwala błękitnego została oszacowana jedynie na podstawie jego "kursu" na istniejącym rynku, to znaczy na podstawie bieżących cen za jednostkę miary wielorybiego oleju i mięsa. Tymczasem przedstawia on także inną wartość, która z pewnością będzie rosnąć razem z naszą wiedzą o żyjącym Balaenoptera musculus, mianowicie wartość naukową, medyczną i estetyczną - w wymiarach i rozmiarach niemożliwych dziś do przewidzenia. Jaka była wartość płetwala błękitnego w 1000 roku? Bliska zeru. Jaka będzie jego wartość w 3000 roku? W zasadznie nieograniczona, powiększona jeszcze o wdzięczność żyjącego wówczas pokolenia dla tego, które, w swej mądrości, ocalilo płetwala od zagłady.
No i taka riposta mnie wprawia w zakłopotanie nie bardziej niż wyliczenia Clarka. No bo z jednej strony mamy konkretne liczby a z drugiej mgliste mówienie o jakiejś wartości w przyszłości - niby niemożliwej do przewidzenia, a jednak nieograniczonej. Oczywiście, nie mam wątpliwości, że płetwale powinno się chronić. Mam natomiast poważne wątpliwości czy tak powinno się prowadzić dyskusję naukową z czyimiś obliczeniami. Sytuację ratuje przypis, który odsyła do książki krytycznie analizującej takie czysto ekonomiczne wyliczenia (szkoda, że Wilson, mając do dyspozycji takie źródło, nie podparł się czymś bardziej konkretnym).

Kolejny przykład. Wilson porusza - jakże by inaczej - temat globalnego ocieplenia. Czytelnik dowiaduje się, że
nie można mieć już dłużej żadnych wątpliwości co do samego istnienia zjawiska zwanego globalnym ociepleniem.
No dobrze, jest styczeń a ja wyglądam przez okno i widzę zieloną trawę. Faktycznie, ostatnio zimy zrobiły się bardzo ciepłe. Tylko że ja prowadzę "obserwacje" w jednym miejscu i od niedawna (powiedzmy od 20 lat). Jasne, oglądam telewizję, wiem o huraganach itp, ale mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że "nie mam już żadnych wątpliwości". Używając skali od 1 do 7 (tej samej, którą posłużył się Dawkins w "Bogu Urojonym"), określiłbym mój stopień przekonania co do globalnego ocieplenia na 5, czyli wydaje mi się, że raczej istnieje ale nie jestem o tym jakoś zdecydowanie przekonany i przyznaję, że opieram się na niepewnych przesłankach. Wilson podaje kilka faktów, które faktycznie przemawiają za hipotezą globalnego ocieplenia. Następnie stwierdza, że
globalne ocieplenie jest spowodowane głównie przez pochłaniające promieniowanie gazy cieplarniane: dwutlenek węgla, metan i podtlenek azotu.
Ostatnio miałem okazję kilkukrotnie dyskutować na ten temat i w kilku niezależnych dyskusjach powiedziano mi, że emisja dwutlenku węgla produkowanego przez człowieka to nic w porównaniu z jego naturalną emisją (powiedzieli mi to m.in. pracownicy Wydziału Inżynierii Procesowej i Ochrony Środowiska PŁ). Przyznam, że w tej kwestii jestem ignorantem. Niestety, Wilson nie przekonuje mnie do swojego punktu widzenia. Szkoda, że temat globalnego ocieplenia został przez niego potraktowany bardzo pobieżnie.

Równie pobieżnie i co gorsza niezbyt rzetelnie potraktowany został także temat żywności modyfikowanej genetycznie. Tutaj mam jako takie rozeznanie po lekturze książki Jamesa Watsona, która omawia temat bardzo szczegółowo. Wilson poświęca zagadnieniu ok. cztery i pół strony. Przyznaje, że
inżynieria genetyczna może budzić całkowicie uzasadnione obawy przynajmniej z kilku przyczyn (podkreślenie moje).
No tak, skoro obawy są uzasadnione, to poważna sprawa. A jakie według Wilsona mogą być te obawy? Otóż:
Wielu ludzi, nie tylko filozofów i teologów, niepokoi aspekt etyczny ewolucji transgenicznej.
No dobrze, więc mamy "uzasadnione obawy teologiczne" ("uzasadnienie teologiczne" - notuję do mojego zeszytu z oksymoronami). Dalej:
Trudno przewidzieć, jaki będzie wpływ nowej żywności transgenicznej na zdrowie człowieka; oczywiście, zawsze istnieje jakieś ryzyko.
Czy mi się wydaje, czy takie stwierdzenie jednak podsyca ewentualne obawy? Szkoda, że Wilson nie poświęcił więcej miejsca na omówienie czym dokładnie jest inżynieria genetyczna i nie wyjaśnił, dlaczego wiele zarzutów wysuwanych przeciwko niej jest bezpodstawnych.
Lista moich zarzutów na tym się nie kończy. Dochodzi do niej stawianie nieuzasadnionych twierdzeń:
Mimo postępów nauki i oświaty publicznej nie zmniejsza się ryzyko choroby wieńcowej u młodych ludzi oraz zawałów serca u ludzi w średnim i podeszłym wieku. Wszystkie te niekorzystne tendencje mogą zostać spowolnione lub nawet odwrócone dzięki środkom profilaktycznym, które powinny obejmować odnowienie naszego związku ze środowiskiem.
Na jakiej podstawie to twierdzenie? Przykre jest, że Wilson w bardzo wielu miejscach gra na emocjach czytelników, zamiast przekonać ich rzeczową argumentację. Na koniec zostawiłem sobie trzy "perełki":
Do wielorakich walorów dzikiej przyrody można dodać jeszcze tajemniczość. Bez tajemnicy życie staje się uboższe. ( wyróżnienie moje )
Jestem ciekaw, czy ten fragment pochodzi z książeczki do katechizmu. W bibliografii jej nie ma, ale kto wie. No i po co w takim razie Wilson w ogóle jest naukowcem? Po co odkrywa te wszystkie tajemnice mrówek? Czy bez nich nie wydawałyby się nam piękniejsze (bo przecież bardziej tajemnicze)?
Rozwiązaniem nie jest też system socjalistyczny, zwłaszcza w jakiejkolwiek formie przypominającej model sowiecki. Wręcz przeciwnie, rozpad tego ostatniego był niezwykle fortunnym zdarzeniem dla przyrody na całym świecie. W większości krajów, w których wprowadzono sowiecki eksperyment ustrojowy, lista strat była znacznie dłuższa niż w krajach kapitalistycznych.
No dobra, nie mam pojęcia skąd Wilson wziął informacje o stratach biologicznych w krajach socjalistycznych (bibliografia milczy na ten temat). Nie mam pojęcia czemu upadek socjalizmu był dla przyrody tak korzystny. Wiem jednak, że rozumowanie "skoro duże zniszczenia przyrody miały miejsce w kraju o ustroju socjalistycznym, to socjalizm jest za nie winien" jest rozumowaniem błędnym. Na koniec zostawiłem sobie ostatnie zdanie książki, czyli last but not least:
Cywilizacja odwołująca się do pojęcia Boga i planująca kolonizację kosmosu z pewnością znajdzie sposób ocalenia integralności naszej planety oraz wspaniałych form życia, których jest ona schronieniem.
No tak, bez Boga nie ma szans na chronienie przyrody. To pewnie ateizm (i socjalizm) są winne zniszczeniu środowiska naturalnego i tylko w Bogu nadzieja. Ech, Panie Wilson...

Nie ukrywam, że tą książką Edward Wilson zarobił u mnie dużego minusa. Na plus "Przyszłości życia" zaliczam dużo ciekawych faktów biologicznych. Niestety cała reszta jest wątpliwej jakości, co ze smutkiem powyżej odnotowuję.

26 listopada 2008

Wszystko wokoło do góry nogami

Dziś o kilku sprawach związanych z ochroną przyrody. Wszystkie dotyczą gór i pokazują, jakie jest podejście bardzo wielu osób do kwestii chronienia środowiska.

Pierwsza sprawa, o której pewnie już wiele osób słyszało, to inwestycje w Tatrach słowackich. W najnowszym numerze kwartalnika "Tatry" można znaleźć artykuł zatytułowany "Zmiany w Tatrach przesądzone i nieodwracalne", opisujący sprawę szczegółowo. Ujmując krótko - nasi południowi sąsiedzi zamienili Tatry w wielki plac budowy. Na terenie TANAPu (Tatranský národný park, odpowiednik naszego TPN) realizowanych jest aktualnie 5 wielkich inwestycji związanych z rozbudową infrastruktury narciarskiej. Wycinane są lasy i kosodrzewina, budowane sztuczne zbiorniki wodne (do sztucznego naśnieżania stoków) i wyciągi - wszystko w strefie najwyższej ochrony, w której teoretycznie nie powinno się ułamać gałązki na uschniętym drzewie. Inwestycje realizowane są w Tatrach Bielskich, Wysokich (rejon Tatrzańskiej Łomnicy i Smokowca) jak i w Zachodnich. Rezultat? Według ekspertów nieodwracalne zmiany w ekosystemie Tatr, także po polskiej stronie. Najgorsze jest to, że decyzje juz zapadły, a budowa trwa i wygląda na to że nic nie da się już zrobić. Możliwe, że UE wyciągnie wobec Słowacji konsekwencje (mówi się o odebraniu prawa do używania nazwy "Park Narodowy" w stosunku do Tatr), ale żadne konsekwencje nie naprawią wyrządzanych właśnie zniszczeń. Co gorsza, pojawiają się głosy by i u nas realizować podobne inwestycje:
[Słowacy] wolą mieć nowoczesne ośrodki narciarskie niż park narodowy. Powinniśmy zacząć myśleć podobnie - uważa Andrzej Bachleda.
Więcej można znaleźć w artykule na onecie bądź w aktualnym numerze Tatr.

Dla mnie rozbudowa wyciągów i tras narciarskich to nie tylko problem Tatr, ale także innych naszych rodzimych gór. Pogodziłem się już z faktem, że Beskid Śląski wygląda jak wygląda, ale nadal bulwersują mnie inwestycje realizowane w innych rejonach Beskidów (piszę głównie o Beskidach, bo tam z reguły jeżdżę, ale to nie oznacza, że w Sudetach jest inaczej). Gdy ktoś ma kawałek pola i uznaje, że bardziej opłaca mu się posiadać na nim wyciąg narciarski niż uprawę ziemniaków to jest to dla mnie sytuacja w pełni do zaakceptowania. Nie mogę natomiast strawić wycinania zdrowych lasów pod nowe trasy narciarskie. Wejdźcie sobie na narty.onet.pl i pooglądajcie zdjęcia w opisach ośrodków narciarskich. Z reguły ujrzycie las po obu stronach trasy zjazdowej. Znalazłem bardzo "ładne" zdjęcie z lotu ptaka, doskonale obrazujące to co mam na myśli:

To akurat nie Polska tylko Słowacja, ale u nas jest identycznie, tylko góry są mniejsze. Do grona gór zniszczonych w celu wybudowania tras narciarskich zaliczają się nie tylko niewielkie i nie znane z imienia górki, ale także duże szczyty jak Jaworzyna Krynicka i Pilsko (rezerwat pod szczytem Pilska, przez który przechodzi Główny Szlak Beskidzki, to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem w górach).

Druga sprawa także dotyczy gór, a konkretnie gminy Zawoja i pasma Policy w Beskidzie Żywieckim. W ramach wyjaśnienia, dla osób które nie jeżdżą po górach dodam, że Zawoja leży u podnóża Babiej Góry - największego szczytu w Beskidach Zachodnich. Zawoja żyje w dużej mierze z turystyki, a chyba największą atrakcją, jaką gmina może zaoferować turystom, jest Babiogórski Park Narodowy. Niedawno w gminie odbyło się referendum, w sprawie utworzenia na jej terenie obszaru chronionego w ramach programu Natura 2000. Związane jest to z odkryciem w rejonie pasma Policy stanowisk głuszca. O samym programie wszyscy już dobrze słyszeliśmy przy okazji obwodnicy Augustowa i doliny Rospudy. Referendum poprzedzone była akcją (dez)informacyjną, przekonującą ludzi, że program Natura 2000 to samo zło (plakaty z hasłem "Głuszec albo ty"), uniemożliwi realizowanie w gminie jakichkolwiek inwestycji, a mieszkańcy nie będą mogli nawet wyjść do lasu, bo będzie on pod ochroną. Nikt oczywiście nie powidział mieszkańcom o dopłatach unijnych, czy o wzroście wartości ziemi i walorów turystycznych gminy. Skąd taka niechęć urzędników (niektórzy organizatorzy, w tym główny przewodniczący komisji referendum, organizowali jednocześnie kampanię namawiającą do głosowania na 'nie')? Prawdopodobna przyczyna to pomysł budowy ośrodka narciarskiego właśnie w paśmie Policy, a konkretnie w rejonie Hali Krupowej (obecnie jest tam schronisko PTTK). W gminie Zawoja jest już jeden duży ośrodek narciarski na Mosornym Groniu, oczywiście wycięty przez las, co pokazuje zdjęcie poniżej ze zbiorów własnych:

Podobno ośrodek ten przynosi obecnie straty finansowe. Co do samego referendum, to akcja namawiająca do głosowania na 'nie' przyniosła skutek (ok. 97% głosów na 'nie'). Możecie o całej sprawie poczytać dokładniej tutaj i tutaj. Szczególnie polecam wątek na forum Zawoi.

Ręce opadają jak się to wszystko czyta. To dlatego ostatnio napisałem, że optymistyczne podejście Wilsona do ochrony przyrody 'kiepsko wypada w zderzeniu z rzeczywistością'.

Czytam teraz "Odczarowanie" Daniela Dennetta. Jestem gdzieś w połowie i jestem zachwycony. Mam nadzieję, że uda mi się jakoś w miarę szybko skończyć i opisać na blogu.

Tytuł wpisu zainspirowała piosenka pewnego polskiego zespołu, którego słuchałem pisząc wpis. Zagadka - co to za zespół. Odpowiedź, wraz z pełnym tekstem, na googlach.

20 listopada 2008

Różnorodność życia

No dobra, pora nadrobić zaległości na blogu. Ten oraz następny wpis poświęcone będą kilku różnym rzeczom, niemniej jednak powiązanych ze sobą. Ich tematem przewodnim będzie bowiem ochrona przyrody.

Dzisiaj "kącik literacki", czyli recenzja książki. Zgodnie z obietnicą z poprzedniego wpisu, napiszę co nieco o "Różnorodności życia" Edwarda O. Wilsona. Przypominam, że pisałem już o innej książce tego autora - była to "O naturze ludzkiej". Omawiana dzisiaj pozycja została wydana przez PIW w 1999 i można ją w miarę łatwo dostać na Allegro. Pierwsze co się rzuca w oczy to grubość - ponad 500 stron, z czego prawie 60 to przypisy bibliograficzne. Treść podzielona jest na trzy części. Pierwsza, obejmująca trzy rozdziały i zatytułowana "Gwałtowność przyrody. Prężność życia" stanowi pewnego rodzaju wprowadzenie w tematykę książki. Zawiera ogólne opisy i przykłady sytuacji, w których przyroda wykazała się niezwykłą umiejętnością do odbudowywania różnorodności zniszczonej przez różne katastrofy. Wilsona wspomina także o wielkich wymieraniach, które miały miejsce w dotychczasowej historii życia. Część druga ("Wzrost różnorodności", siedem rozdziałów), to już właściwy wywód naukowy. Tak sobie pomyślałem, że treść tej części to coś pomiędzy książkami Dawkinsa a filmami Davida Attenborough (o tych dwóch panach pisałem ostatnio dużo, więc może stąd wzięło się mi się to porównanie). Z jednej strony Wilson poświęca sporo miejsca czysto teoretycznym rozważaniom na temat tego co to jest gatunek (tak jak w "Fenotypie rozszerzonym" Dawkins rozważał definicję jednostki doboru naturalnego). Wyjaśnia także szczegółowo radiację adaptacyjną (rozdział o niej liczy 50 stron) oraz dyskutuje o tym jakie siły stanowią mechanizm napędzający ewolucję. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. W "Fenotypie rozszerzonym" padło mniej więcej takie stwierdzenie: "dobór naturalny likwiduje zmienność w oparciu o którą działa", co wydaje się niewątpliwie paradoksem (coś jak stwierdzenie, że komputer ułatwia ci pracę, której bez niego w ogóle byś nie miał). Dla pełnej jasności, zaznaczam jeszcze, że zacytowane stwierdzenie z "Fenotypu" to nie są słowa Dawkinsa - on sam je cytował (chyba z Lewontina, ale głowy nie dam). W "Różnorodności życia" pojawia się inny, również na pozór paradoksalny, wniosek. Mianowicie specjalizacja prowadzi do sukcesu pojedynczych osobników, ale w skali całego gatunku (rodzaju, rodziny...) prowadzi do zagłady. Koniec dygresji. Zaznaczam od razu, że wprawdzie Wilson wdaje się - tak jak Dawkins - w rozważania teoretyczne, jednak sam styl jego wywodu jest całkowicie odmienny. Nie ma tutaj naukowej polemiki z poglądami innych badaczy, czy też zdecydowane podkreślania swoich poglądów. Zamiast tego Wilson nakreśla jakiś problem i prezentuje różne możliwości rozwiązania o (przykładowo różne możliwości zdefiniowania gatunku). Porównanie do Davida Attenborough nasunęło mi się z powodu licznych i barwnych opisów przeróżnych środowisk czy gatunków i ich zachowań, co mogłoby z powodzeniem stanowić scenariusz do kolejnego odcinka którejś z serii dokumentalnych. A tak swoją drogą to bardzo przyjemnie czytało się tę książkę, oglądając jednocześnie "The Life of Mammals" i "The Life of Birds", ponieważ wiele opisywanych przez Wilsona zachowań mogłem następnie zobaczyć w którejś z serii. Dodatkowym plusem książki są liczne rysunki, które pokazują omawiane gatunki zwierząt i roślin.

Trzecia część książki, zatytułowana "Presja człowieka", to lektura dla osób o mocnych nerwach. Kolejne rozdziały prezentują listę zniszczeń dokonanych przez człowieka w ciągu ostatnich lat (z reguły od lat 50-tych), listę zniszczonych gatunków i obszarów o wysokiej bioróżnorodności (np. lasy deszczowe, masowo wycinane od dłuższego czasu). Najbardziej przerażają stwierdzenia typu "szacuje się, że do 2000 roku wyginie..." (książka napisana była w 1992). Wilson prezentuje też konkretne korzyści, jakie ludzie mogą uzyskać dzięki zachowaniu wysokiej bioróżnorodności. Szczególnie interesujące są informacje dotyczące roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych. Mówiąc w skrócie - nasz dobór gatunków do hodowli jest wyjątkowo nietrafiony. Istnieje bowiem wiele gatunków, które są o wiele tańsze w hodowli, bardziej odporne na choroby, dając przy tym większe zbiory. Wilson podaje też kilka ogólnych metod postępowania, których stosowanie powinno pozwolić na wyjście z kryzysu niszczenia bioróżnorodności. Niestety, optymizm autora kiepsko wypada w zderzeniu z rzeczywistością (o czym będzie też trochę w następnym wpisie).

Właściwie tylko jedna rzecz mi się w książce nie podobała. Otóż czasami wywód Wilsona odbiega nieco od nauki jako takiej, a bardziej przypomina ideologię. Widać to szczególnie w ostatnim rozdziale stanowiącym krótkie podsumowanie książki, którego lepiej jak by w ogóle nie było. Owszem, jestem gotów podpisać się pod tezami Wilsona (z wyjątkiem niektórymi z ostatniego rozdziału), niemniej jednak w ogólnym przypadku uważam ideologiczne podchodzenie do spraw jako niezbyt właściwe. Na szczęście ten ostatni rozdział nie zepsuł całościowego, bardzo pozytywnego obrazu książki.

11 listopada 2008

Tym razem ssaki

Skończyłem oglądać kolejną serię dokumentalną Davida Attenborough zatytułowaną "Życie ssaków" ("The Life of Mammals"). Opisywałem już na moim blogu cztery inne serie, więc nie chcę się zbytnio powtarzać co do jakości zdjęć, ogólnego profesjonalizmu wykonania itd. Skupię się więc na cechach charakterystycznych tylko dla tej serii.

"Życie ssaków" składa się z 10 odcinków, czyli dwukrotnie więcej niż seria o bezkręgowcach czy gadach i płazach. Szczególnie do gustu przypadły mi dwa odcinki. "Meat eaters" (5-ty w serii), jak łatwo się domyślić, poświęcony jest zwierzętom mięsożernym, czyli wielkim kotom i psom, które polują by zdobyć pożywienie. "Food for Thought" to ostatni odcinek poświęcony wielkim małpom, w tym człowiekowi. To właśnie w tych dwóch odcinkach znalazło się wiele niesamowitych ujęć, które naprawdę wprawiają w podziw. Na początek, duże wrażenie zrobiło na mnie zimowe polowanie watahy wilków na stado łosi. Następnie były jeszcze lepsze sceny polowań wielkich kotów, czyli lwów, gepardów i tygrysów. Ostatni odcinek to kolejne polowania, tym razem w wykonaniu stada szympansów oraz... buszmenów z Kalahari. Ci ostatni stosują niesamowitą technikę. Nie są oni w stanie dogonić uciekającego zwierzęcia kopytnego. Więc co robią? Otóż jeden z myśliwych rzuca się w pogoń za zwierzęciem i goni je do momentu, aż nie ma ono siły uciekać i pada z wycieńczenia. Taki pościg może trwać nawet 8 godzin.

Oglądając te wszystkie serie dokumentów przyrodniczych zastanawiam się za każdym razem, ile czasu zajęło ich nakręcenie. Nie ma wątpliwości, że każda seria to lata pracy. Zwróćcie uwagę, że niektóre, trwające kilka sekund ujęcia, wymagają nieraz przynajmniej kilku godzin przygotowań. Dobrym przykładem są zdjęcia robione z lotu ptaka, ze specjalnie ustawionego dźwigu albo pośród koron drzew. Poza tym nie można liczyć, że pojedzie się na sawannę czy do dżungli i od razu pierwszego dnia sfilmuje poszukiwane zwierzęta i odpowiednie zachowania. To dotyczy szczególnie zachowań, których nikt wcześniej nie sfilmował - skoro nikt tego nie zrobił to pewnie dlatego, że nie jest to takie łatwe i ekipa filmowa Davida Attenborough z pewnością musi poświęcić na to sporo czasu.

Aktualnie oglądam kolejną serię - "The Life of Birds", czyli "Życie ptaków". Jestem już za jej półmetkiem, więc jak dobrze pójdzie to za trochę o niej też napiszę. Niestety, ostatnio doskwiera mi kompletny brak czasu, na czym w dużej mierze cierpi blog. Od prawie miesiąca czytam "Różnorodność życia" Edwarda Wilsona (w wakacje przez miesiąc bez problemu czytałem cztery książki). Książka jest dosyć spora, ale zbliżam sie już do jej końca, więc i na jej recenzję możecie za jakiś czas liczyć.

14 października 2008

Fenotyp rozszerzony, czyli kostka Neckera

Ostatnio było o "Samolubnym genie" Richarda Dawkinsa. Książkę przeczytałem już dosyć dawno temu, musiałem jednak o niej wspomnieć, żeby teraz móc bezproblemowo pisać o "Fentotypie rozszerzonym" (jest to kontynuacja "Samolubnego genu"). Dawkins uważa "Fenotyp" za swoją najlepszą książkę i mówi "możecie nie przeczytać żadnej innej z moich książek, ale ta przeczytajcie koniecznie". Cóż, muszę przyznać, że książka leżała na mojej półce od bardzo dawna i jak tylko miałem ochotę na kolejną pozycję Dawkinsa, to wybierałem inny tytuł. Tą zostawiłem sobie na sam koniec, na okres kiedy będę szczególnie wypoczęty i gotowy na spory wysiłek intelektualny. Czemu? Prosta sprawa - nie jest to pozycja popularnonaukowa, lecz typowo naukowa.

Pod względem treści książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza stanowi odparcie krytyki skierowanej przeciwko teorii samolubnych genów. Przez 10 rozdziałów Dawkins polemizuje ze swoimi krytykami i ideami ówczesnej biologii ewolucyjnej. Jednocześnie stara się wzbudzić w czytelniku wątpliwości co idei osobnika jako beneficjenta adaptacji biologicznych. Część druga - ostatnie 4 rozdziały - to wykład nowej koncepcji biologicznej - "fenotypu rozszerzonego". Centralny Teoremat Fenotypu Rozszerzonego brzmi: "Zachowanie zwierzęcia ma na celu zwiększenie szans przetrwania genów, które to zachowanie spowodowało, niezależnie od tego czy te geny należą do tego zwierzęcia czy nie". Mówiąc krótko, rozpatrując efekt fenotypowy nie należy ograniczać się do ciała organizmu zawierającego geny, ale sięgnąć poza nie i uwzględnić ekspresję tego genu w ciałach innych organizmów bądź w otoczeniu. Jak mówi sam Dawkins, nie jest to teoria, którą można zweryfikować jakimś eksperymentem i jednoznacznie zaakceptować bądź odrzucić w zależności od wyniku. Fenotyp rozszerzony to nowy sposób spojrzenia na znane fakty i ich odmienna interpretacja. To nowe spojrzenie Dawkins porównuje do kostki Neckera, której różne oblicza ukazują się na przemian w zależności od "punktu widzenia" przyjętego przez mózg.

"Fenotyp rozszerzony" czyta się stosunkowo ciężko. To nie jest lekka książka dla szerokiego grona czytelników. Zamiast tego mamy bardzo rzeczowy wywód, pełen specjalistycznych pojęć (choć nie brakuje charakterystycznej dla Dawkinsa retoryki i skłonności do metafor). Autor umieścił w książce słownik terminów naukowych, który ma umożliwić osobom bez wykształcenia biologicznego merytoryczne zrozumienie książki. Pomysł bardzo dobry, niestety wykonanie pozostawia nieco do życzenia. Po pierwsze, bardzo wiele haseł jest omawianych w tekście - czasami opis w słowniczku stanowi przekopiowany i nieznacznie zmieniony fragment książki - a tym samym wątpliwa staje się potrzeba ich umieszczania w słowniku. Po drugie w tekście pojawiają się hasła, które nie zostały omówione w słowniczku, a dla nie-specjalistów są niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie nie były). Niemniej jednak sam pomysł należy pochwalić.

Książka ukazała się u nas nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Niedawno została wznowiona (szkoda trochę, że nie w ramach "czarnej serii"), więc nie ma najmniejszych problemów z dostaniem jej w księgarniach. Cena też nie taka wygórowana (28 złotych), co zapewne było możliwe dzięki wydaniu jej na papierze kiepskiej jakości. A swoją drogą to ciekawe ile jeszcze trzeba będzie czekać na wznowienie przez PIW "Ślepego zegarmistrza". Niestety, to wydawnictwo nie ma chyba w zwyczaju odpowiadać na maile, czego, muszę przyznać, bardzo nie lubię. A skoro już mowa o odpowiadaniu na maile - CIS ma szykować niepublikowaną u nas książkę Dawkinsa na przyszły rok z okazji rocznic związanych z Darwinem. Pytanie czy będzie to "The Ancestor's Tale" czy "A Devil's Chaplain". O ile w ogóle będzie, bo w zapowiedziach CIS swego czasu widniała jakaś książka Lawrence'a Krauss'a, po czym zniknęła. Pozostaje trzymać kciuki.

7 października 2008

Samolubny gen

Nadeszła pora, żeby napisać o "Samolubnym genie" Richarda Dawkinsa. Jest to pierwsza książka tego autora, wydana w 1976 roku. Zdobyła mu ona pozycję i uznanie wśród biologów. O książce wspominałem na moim blogu już wielokrotnie i nie ukrywam, że miała ona na mnie spory wpływ. Właściwie to było to moje pierwsze poważne zetknięcie z biologią ewolucyjną i to zetknięcie nie byle jakie.

Ujmując w skrócie, "Samolubny gen" prezentuje koncepcje genów jako jednostek podlegających doborowi naturalnemu (w przeciwieństwie do osobników jako jednostek doboru) i dbającymi tylko o własne interesy. Stąd właśnie tytułowa "samolubność", choć należy podkreślić, że jest to tylko metafora, bo geny nie posiadają świadomości i nie można im dosłownie przypisać tak złożonych cech (co dziwne, wielu wybitnych naukowców nie potrafiło tego zrozumieć). "Samolubny gen" jest książką popularnonaukową, dlatego też nie trzeba mieć żadnego wcześniejszego przygotowania biologicznego żeby móc ją w pełni zrozumieć. Dawkins zaczyna swój wykład od zera - najpierw wyjaśnia elementarne podstawy, a w kolejnych rozdziałach buduje coraz bardziej złożone elementy prezentowanej teorii, wyjaśniając za jej pomocą zjawiska obserwowane w przyrodzie (Dawkins jest etologiem, stąd liczne opisy zachowań zwierzęcych). Najbardziej urzekające w całej książce jest to, że autor potrafi wyjaśniać nawet najbardziej skomplikowane zjawiska dokładnym tłumaczeniem i trafnymi metaforami. Niesamowite wrażenie wywarła też na mnie sama teoria "samolubnych genów" - coś co teraz, po lekturze wielu innych książek o ewolucji, wydaje mi się oczywiste wtedy było jak prawdziwe olśnienie i otwarcie oczu.

Książka z czasem zyskała sobie miano "rewolucyjnej" - przedstawione w niej tezy wzbudziły liczne dyskusje wśród biologów. Dawkinsa wielokrotnie atakowano i krytykowano, jako argumentów używając stwierdzeń, że "geny to tylko związki chemiczne, nie można im przypisać cech osobowości takich jak samolubność". O tym wspomniałem już wcześniej i wydaje mi się to naprawdę dziwne, że tak wielu naukowców potraktowało liczne metafory Dawkinsa dosłownie. Fala krytyki była tak duża, że Dawkins zdecydował się na napisanie "Fenotypu rozszerzonego" - kontynuacji "Samolubnego genu" - w którym odpiera stawiane mu zarzuty, a jednocześnie prezentuje inną koncepcję biologiczną (ale o tym w następnym wpisie). Na marginesie należy jeszcze wspomnieć, że Dawkins nie jest autorem samej koncepcji doboru genowego, jednak to zwykle jemu jest ona przypisywana, gdyż jako pierwszy sformułował spójną postać teorii popartą wywodem naukowym (to podobnie jak z Darwinem i ewolucją - Darwin nie był pierwszym, który wpadł na pomysł ewolucji i pierwszą osobą, która dostrzegła dobór naturalny, ale to on jako pierwszy wyłożył spójną teorię ewolucji i w rezultacie to jemu została ona przypisana).

W 2006 roku "Samolubny gen" doczekał się trzeciego wydania z okazji 30 rocznicy powstania. Dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka, ta jubileuszowa edycja trafiła do polskich księgarń. To wydanie polecam do lektury, gdyż zawiera ono niezwykle dużo przypisów autora, uzupełniających oryginalną treść książki i korygujących niektóre błędy oraz cały dodatkowy rozdział, którego pierwotnie nie było. Każdemu kto czyta książki popularnonaukowe polecam "Samolubny gen" jako lekturę absolutnie obowiązkową.

5 października 2008

"Life In Cold Blood" w TVP1

TVP1 emituje, opisywaną przeze mnie niedawno, serię "Life in Cold Blood" (polski tytuł "Życie gadów i płazów"). W chwili gdy piszę te słowa trwa emisja pierwszego odcinka. Kolejne zapewne co tydzień, czyli w niedzielę o 15.30.

24 września 2008

Mrówki x 2

Ostatnio udało mi się zdobyć dwie książki. Autorem obu z nich jest Edward O. Wilson, obie są poświęcone owadom społecznym i obecnie obie są unikatami niezwykle trudnymi do dostania. Pierwsza z tych książek to "Społeczeństwa owadów", o której wspomniałem już w jednym z wcześniejszych wpisów. Jest to monografia naukowa dotycząca wszelkich owadów społecznych - mrówek, os, pszczół i termitów. Książka to dosyć spora cegiełka - liczy prawie 700 stron w sporym formacie z tekstem w dwóch kolumnach. W 22 rozdziałach zebrane są rezultaty licznych prac badawczych omawiających praktycznie każdy element organizacji społecznej wśród owadów. Osobne rozdziały poświęcono kastom, a aż trzy komunikacji pomiędzy mrówkami. Niektóre aspekty nie są szczegółowo omawiane - zamiast tego pojawiają się jedynie odesłania do prac konkretnych badaczy. "Społeczeństwa owadów" to książka dosyć specyficzna - jak już wspomniałem ma ona charakter czysto naukowy, dlatego też zainteresuje tylko entomologów, myrmekologów i hobbystów, którzy chcą pogłębić swoją wiedzę. Trzeba też pamiętać, że książka powstała prawie 30 lat temu, może być więc częściowo nieaktualna. W 1990 roku Wilson, razem z Bertem Hölldoblerem, napisali nową monografię, tym razem poświęconą wyłącznie mrówkom, zatytułowaną po prostu "The ants". Książka nie była wydana w Polsce.

Nie będę się dłużej rozpisywał nad "Społeczeństwami owadów", gdyż ta książka i tak większości ludzi nie zainteresuje. Jednak inna książka duetu Wilson-Hölldobler może trafić do zdecydowanie większego grona odbiorców. Właściwie to mogłaby, gdyby nie jej praktyczna niedostępność (jeśli pojawia się na Allegro, to z reguły schodzi za ok 90 zł, czyli dwukrotność ceny okładkowej). Mówię tutaj o książce "Podróż w krainę mrówek" ("Journey to the ants"), którą zupełnie przypadkiem znalazłem ostatnio w jednej z księgarni w samym centrum miasta. W pierwszej chwili byłem nawet gotów uznać to za cud. Zreflektowałem się jednak i przypisałem ten niezwykły fakt przeleżenia spokojnie w księgarni przez 9 lat czysto przypadkowemu zrządzeniu losu. "Podróż w krainę mrówek" ma charakter zdecydowanie popularnonaukowy. Nie ma tutaj jakiegoś wywodu naukowego czy systematycznego omawiania kolejnych elementów organizacji społecznej. Wprawdzie każdy rozdział omawia inny aspekt życia mrówek, jednak przedstawione informacje mają zdecydowanie bardziej charakter ciekawostek.

Byłbym zaskoczony, gdyby ktoś po lekturze tej książki nie uznał mrówek za naprawdę niezwykłe stworzenia. Autorzy koncentrują się głównie na różnych ciekawych zjawiskach i zachowaniach odkrytych w trakcie ich własnych badań i omawiają tam takie kwestie jak komunikacja i współpraca wśród mrówek, mrówki koczowniczki, kasty, hodowla grzybów, symbioza z innymi gatunkami (przypominająca nieraz zorganizowany wypas bydła organizowany przez ludzi) czy - chyba najbardziej fascynujące - pasożytnictwo społeczne. Książka kończy się biografią obu autorów, z głównym akcentem położonym na rozwój ich zainteresowania owadami oraz prowadzone przez nich wspólne badania. Ostatni rozdział to porady praktyczne na temat tego jak łapać mrówki, jak przechowywać okazy czy jak je hodować w warunkach laboratoryjnych. Wielkim atutem "Podróży w krainę mrówek" jest kilkadziesiąt ilustracji i kolorowych fotografii. Mówiąc krótko - jeśli tylko będziecie mieć okazję przeczytać tę książkę, to zdecydowanie polecam!

18 września 2008

David Attenborough x 3

Kontynuuję oglądane filmów dokumentalnych Davida Attenborough. Lista pozycji, które firmuje swoim nazwiskiem jest naprawdę długa, co nie jest dziwne biorąc pod uwagę, że pierwsza z nich powstała 48 lat temu! Trzy serie które ostatnio obejrzałem to tak naprawdę niewielki fragment dorobku sir Davida.

Po obejrzeniu omawianej już na blogu serii "Life in the Undergrowth" z 2005 roku, zdecydowałem się na coś starszego. Wybór padł na "The Living Planet" - dwunastoodcinkową serię nakręconą w 1984 roku (czyli dokładnie w połowie dotychczasowej kariery Attenborough). Seria stanowi przekrojowe omówienie wszelkich ziemskich ekosystemów. W kolejnych odcinkach serii prezentowane są góry, arktyczne pustynie, tundra, lasy deszczowe, pustynie, morza, rzeki czy wyspy. Ostatni odcinek - "The New Worlds" - poświęcony jest wpływowi człowieka na środowisko i był dla mnie niezwykle ciekawy (jeszcze do tego powrócę). Oglądając serię widać, że ma ona już trochę lat na karku. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że Attenborough jest nieco młodszy, ale także o widoczną różnicę w jakości zdjęć pomiędzy tą serią a tymi kręconymi współcześnie. Nie zmienia to na szczęście faktu, że "The Living Planet" jest po prostu świetna i ogląda się ją z prawdziwą przyjemnością. Dla miłośnika przyrody jest to prawdziwa uczta.

Po mającej już trochę lat na karku "The Living Planet" zdecydowałem się na najnowszą serię Davida Attenborough nakręconą w 2008 roku - "Life In Cold Blood". Liczy ona pieć odcinków i przedstawia życie zwierząt zmiennocieplnych - gadów i płazów. Pierwszy odcinek jest przekrojowym omówieniem dwóch wspomnianych wyżej gromad. Odcinek drugi prezentuje szczegółowo płazy, trzeci poświęcono gadom. Czwarty skupia się tylko na wężach, a ostatni na opancerzonych gigantach ("Armoured Giants") - żółwiach oraz olbrzymich krokodylach, kajmanach i aligatorach. Podobnie jak w przypadku "Life in the Undergrowth", także i ta seria prezentuje szczyt współczesnych możliwości technicznych w zakresie filmowania. Oczywiście gady i płazy są dosyć duże, więc ujęcia makro nie grają już tak znaczącej roli. Tym razem znalazło się jednak duże pole do popisu dla kamer termowizyjnych. Zdjęcia po prostu rozkładają na łopatki. Chciałbym mieć możliwość obejrzenia tej serii na wielkim ekranie (albo w HD), żeby móc w pełni delektować się jakością zdjęć. Seria "Life in Cold Blood" nie zawiera dodatkowych odcinków specjalnych o jej powstawaniu. Zamiast tego na końcu każdego odcinka umieszczony został kilkuminutowy raport z produkcji. Przedstawiane są w nim wywiady z naukowcami będącymi specjalistami w zakresie konkretnych gatunków, bez których sfilmowanie zwierząt w ich naturalnym środowisku nie byłoby możliwe. No właśnie, wrażenie robi (w pewnym sensie) to, że pewne zachowania zwierząt zostały sfilmowane po raz pierwszy i zarazem ostatni w naturalnym środowisku. W drugim odcinku ekipa filmowa Davida Attenborough filmowała złotą żabę z Panamy. Niedługo po zakończeniu zdjęć, wszystkie żyjące na wolności osobniki został wyłapane przez naukowców w celu uratowania gatunku, któremu zagrażało zniszczenie naturalnych siedlisk oraz infekcja grzybowa atakująca płazy. "Trochę" to smutne. Podsumowując, "Life in Cold Blood" to kolejna świetna seria, choć mi osobiście o wiele bardziej podobało się "Life in the Undergrowth". To zapewne dlatego, że owady są dla mnie znacznie ciekawsze od płazów i gadów.


Zgodnie z zapowiedzią powracam do kwestii ostatniego odcinka serii "The Living Planet", poświęconemu wpływowi człowieka na środowisko. To zagadnienie doczekało się w 2000 roku rozwinięcia w postaci trzyodcinkowej serii nakręconej przez Davida Attenborough, zatytułowanej "State of the Planet" ("Stan planety"). Polska wikipedia podaje bardzo wiernie przetłumaczony tytuł "Szanujmy Ziemię", co wyraźnie wskazuje na to, że serial był emitowany w polskiej telewizji. No dobrze, nie będę się czepiał tłumaczy, polskiego tytułu szczególnie, że za chwilę sam zamierzam przetłumaczyć tytuły odcinków. Każdy z odcinków tej mini-serii porusza kolejne aspekty naszego wpływu na środowisko. Pierwszy odcinek - "Is there a crisis?" ("Czy kryzys istnieje?") - odpowiada na pytanie jak aktualnie wygląda sytuacja życia na Ziemi oraz przedstawia wpływ ludzi na gospodarkę. Pytanie postawione w tytule odcinka jest, niestety, retoryczne. Drugi odcinek - "Why there is a crisis?" ("Dlaczego pojawił się kryzys?") - prezentuje pięć czynników, wywołanych przez człowieka, prowadzących do zniszczenia ekosystemów i bioróżnorodności. Ostatni odcinek - "The future of life" ("Przyszłość życia") - wskazuje kierunki, w jakich powinniśmy podążyć, by ratować naszą planetę i zamieszkujące ją stworzenia. Przedstawionych jest wiele przykładów miejsc, gdzie udało się doprowadzić do uratowania zagrożonych gatunków i ich dalszego współistnienia z człowiekiem. W każdym z odcinków wypowiadają się naukowcy będący specjalistami od takich dziedzin jak bioróżnorodność, antropologia czy ekosystemy morskie. Polskiemu czytelnikowi znane są postacie Edwarda O. Wilsona (o ile dobrze liczę, to aż 7 książek wydanych w Polsce) i Jareda Diamonda (przynajmniej trzy książki na polskim rynku). Generalnie seria przedstawia dosyć przygnębiający obraz tego co robimy z naszym wspólnym domem. Niestety, wszystko wskazuje na to, że raporty naukowców nie są ani trochę przesadzone, i musimy stawić czoła smutnej prawdzie przedstawionej w tej serii.

12 września 2008

Kwiatki i bzykanie

Przeszukując Wikipedię znalazłem fajną fotografię:

To jest pyłek roślinny widziany pod mikroskopem elektronowym (alergicy pewnie nie są pod tak wielkim wrażeniem jak ja). Pyłek jest męskim elementem rozrodczym roślin nasiennych i jest przenoszony na słupki (żeński organ płciowy) przez wiatr lub przez owady. Każde z tych dwóch podejść ma swoje wady i zalety. Wiatropylność wymaga wytworzenia olbrzymich ilości pyłku, aby mieć statystyczną pewność, że niesiony wiatrem dotrze on do żeńskiego słupka innej rośliny. Samozapłodnienie z reguły nie występuje. Rozwinęły się różne mechanizmy mające temu zapobiegać, np. roślina najpierw wypuszcza pyłek, a dopiero potem dojrzewają organy żeńskie. W przypadku zapylania przez owady strategia jest nieco inna. Pyłek, zamiast liczyć na szczęśliwy traf, jest przenoszony bezpośrednio do celu, a to oznacza że można go wyprodukować mniej. Pszczoły i motyle nie będą jednak pracować za darmo. Wytwarzany jest więc nektar, służący im za pożywienie. Aby informować owady o dostępności nektaru, rośliny muszą się reklamować. W tym wypadku rolę billboardów pełnią kwiaty, które roślina również zmuszona jest wytworzyć.

Najbardziej "pomysłowe" w kwestii wytwarzania kwiatów są storczyki. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale zetknąłem się w kilku książkach z niesamowitymi mechanizmami, które wykształciły się w wyniku ewolucji. Oto jeden z nich:

Kwiat tego storczyka przypomina z wyglądu i zapachu (feromony) samicę pszczoły. Zwiedzione tym podobieństwem samce pszczół próbują z nim kopulować, a tym samym przenoszą pyłek z jednego kwiatu na drugi. Inny gatunek (na zdjęciu poniżej) z olbrzymią prędkością wystrzeliwuje torebkę z pyłkiem prosto w pszczołę, która choćby lekko dotknie kwiatu. Należy zaznaczyć, że taki ładunek pyłku ma stosunkowo dużą masę względem owada. Jest więc prawdopodobne, że po takim potraktowaniu nie zbliży się on już do innych męskich kwiatów. W ten sposób storczyk zwalcza konkurencję ze strony innych przedstawicieli swojego gatunku (mimo, że jest tylko kwiatem!).

Pyłek bywa też wykorzystywany jako pożywienie dla młodych larw. Pszczoły zbierają go w specjalne koszyczki na swoich odnóżach:

8 września 2008

Małpie amory

Ostatnio moją uwagę przykuła książka "Małpie amory i inne pouczające historie o zwierzęciu zwanym człowiekiem", od której zaroiło się na półkach empików (na półkach z literaturą popularnonaukową oczywiście). Autor - Robert M. Sapolsky - był mi zupełnie nieznany. Po przejrzeniu książki uznałem, że może ona być warta lektury. Był to strzał w dziesiątkę.

"Małpie amory" poświęcona jest przeróżnym aspektom biologii ewolucyjnej. Właściwie jest to zbiór stosunkowo krótkich (z reguły 10 stron) esejów, które publikowane były na przestrzeni kilku lat w różnych czasopismach (nie tylko naukowych). Eseje podzielono na trzy kategorie: geny i my, nasze ciała i my, społeczeństwo i my. Autor porusza w nich kwestie takie jak "geny czy środowisko", zachowania zwierząt i ludzi (teoria gier), socjobiologia (ciekawy esej o religiach) czy konflikt płci. Na końcu każdego tekstu umieszczona jest bibliografia i zalecane lektury, co ułatwia poszerzanie wiedzy z zakresu omawianego zagadnienia.

Książka wyróżnia się, na tle literatury popularnonaukowej, za sprawą stylu autora. Sapolsky pisze niezwykle lekko i humorystycznie, więc jeśli ktoś liczy na śmiertelnie poważne naukowe rozprawy to może poczuć rozczarowanie. Mi osobiście taki styl niezwykle przypadł do gustu. Lektura była niesamowicie pasjonująca m.in. dlatego, że treść esejów jest właściwie kontynuacją tematyki "O naturze ludzkiej" Wilsona, którą to skończyłem czytać dzień przed rozpoczęciem czytania "Małpich amorów". Na zakończenie tej krótkiej recenzji nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić "Małpie amory" jako lekką i pouczającą lekturę na letnie i jesienne wieczory.

4 września 2008

O naturze ludzkiej

Czytając kolejne książki popularnonaukowe poświęcone biologii natykam się na mnóstwo nazwisk różnych wybitnych uczonych. Najfajniejsze jest to, że po jakimś czasie zaczynam te nazwiska kojarzyć z konkretnymi osiągnięciami, powiedzeniami itp. "J.B.S. Haldane - to ten od skamieniałości królika w prekambrze. O, Tinbergen. To opiekun naukowy Dawkinsa. Edward Osborne Wilson - koleś od owadów społecznych i socjobiologii". Właśnie, Wilson. Na jego nazwisko można natknąć się w zdecydowanej większości popularyzatorskich książek z zakresu biologii, dlatego też chciałbym dzisiaj nieco przybliżyć jego postać, a także omówić jego książkę "O naturze ludzkiej".

Wilson urodził się w 1929 roku, należy więc do zdecydowanie starszego pokolenia biologów. Sławę przyniosła mu jego druga książka zatytułowana "Społeczeństwa owadów" opublikowana w 1971 (polskie wydanie PWN, 1979). Jak sam tytuł sugeruje, poświęcona jest ona owadom społecznym (mrówki, osy, termity) i stanowi zbiorczą monografię całej dziedziny. Podkreślić należy, że jest to książka naukowa, zawierająca przede wszystkim konkretne informacje i podsumowania badań. Nawiasem mówiąc, udało mi się ją ostatnio dostać, co niezwykle mnie cieszy, szczególnie że zamierzam spróbować sił w hodowli mrówek. "Społeczeństwa owadów" zapewniły Wilsonowi miejsce wśród najwybitniejszych entomologów. Książka kończy się rozdziałem zatytułowanym "Perspektywy jednolitej socjobiologii". Idee w nim zawarte zostały szczegółowo rozszerzone w kolejnej, chyba najbardziej znanej, książce Wilsona - "Socjobiologii". W tej pozycji autor dał początek nowej dziedzinie nauki - socjobiologii - której celem jest wyjaśnienie biologicznych podstaw zachowań społecznych wśród zwierząt (w tym ludzi). Nowa dziedzina oparta została o trzy główne założenia. Po pierwsze człowiek nie jest niczym niezwykłym w świecie przyrody, powstał tak samo jak inne zwierzęta w procesie ewolucji i podlega takim samym prawom jak inni przedstawiciele królestwa zwierząt. Po drugie każdy gatunek zwierząt (człowiek oczywiście też) w procesie ewolucji otrzymał nie tylko charakteryzujące go cechy morfologiczne, ale także charakterystyczne wzorce zachowań - tym samym zachowania społeczne człowieka i innych zwierząt stają się produktem doboru naturalnego i muszą zostać wyjaśnione w oparciu o mechanizmy adaptacji ewolucyjnej. Po trzecie jednostką doboru naturalnego nie jest ani osobnik ani gatunek, lecz pojedynczy gen. "Socjobiologia" ukazała się w 1975 roku. No i zaczęło się. Jej pojawienie się wywołało istną burzę w świecie naukowym (i nie tylko). Zastosowanie koncepcji socjobiologii w odniesieniu do człowieka wzbudziło wiele krytyki. Niektórzy wytykali (w dużej mierze słusznie) wpływ ewolucji kulturowej (w przeciwieństwie do ewolucji genetycznej) na rozwój ludzkich społeczeństw. Inni po prostu nie mogli znieść postawienia człowieka na równi ze zwierzętami i tłumaczenia takich fenomenów, jak religia, adaptacjami ewolucyjnymi. Doszło nawet do tego, że przed jednym z wykładów Wilsona, na mównicę wdarło się kilkanaście osób, jedna z nich wylała uczonemu na głowę dzbanek wody, a reszta rozpostarła plakat z napisem "Wilson – faszystowski i rasistowski uczony roku". O dziwo, "Socjobiologia" doczekała się polskiego wydania dopiero w 2001 roku. Co więcej, wydano u nas tzw. "Edycję popularnonaukową", czyli wersję okrojoną przez Wilsona o 40% objętości. No cóż, lepsze takie wydanie niż żadne.

Kolejną książką Wilsona, która kontynuowała zapoczątkowane w "Socjobiologii" kwestie socjobiologii człowieka jest "O naturze ludzkiej" z 1979. Tą książkę udało mi się zupełnie niespodziewanie dostać w jednym z antykwariatów za całe 7.80 PLN. Polskie wydanie jest dosyć stare, bo pochodzi z roku 1987 (nakładem PIW w ramach serii Biblioteka Myśli Współczesnej, czyli seria z charakterystycznym logiem "+/- nieskończoność" na okładce). Jak sam autor zaznacza, "O naturze ludzkiej" nie jest książką naukową, lecz jest książką o nauce. W kolejnych rozdziałach Wilson prezentuje kierunki w jakich powinna podążyć socjobiologia człowieka. Omawia kluczowe elementy ludzkich społeczeństw, takie jak altruizm, agresja, seks, zróżnicowanie ról mężczyzny i kobiety czy religia. Sednem książki są dwa dylematy. Pierwszy jest taki, że badania socjobiologiczne doprowadzą do upadku poglądu, że moralność ma pochodzenie absolutne i niezmienne. Drugi dylemat rodzi się z pierwszego. Skoro wyznawane przez nas systemy wartości i mechanizmy rządzące społeczeństwami zostaną wyjaśnione naukowo, to zrodzi się potrzeba dokonywania w pełni świadomych wyborów w celu kształtowania ludzkiej natury. Wilson wkracza tu na trochę śliski grunt, w ostatnim rozdziale wspominając coś nawet o eugenice - mówi krótko o trzecim dylemacie, czyli świadomych modyfikacjach ludzkiego DNA, czyli "sterowanej ewolucji". Stwierdza jednak, że na szczęście będzie to dylemat przyszłych pokoleń. Nadrzędnym celem Wilsona, który przewija się przez cala książkę jest zasypanie przepaści pomiędzy naukami przyrodniczymi a społecznymi. Stwierdza, że nauki społeczne bez biologii są tym czym chemia bez fizyki albo biologia bez chemii. Bez fizyki, chemia nie może wykroczyć poza prosty opis zjawisk, nie jest w stanie dostarczyć wyjaśnień i przewidywań bez wiedzy z zakresu fizycznych związków między cząsteczkami. Podobnie nauki społeczne mogą jedynie opisywać obserwowane zjawiska społeczne, ale nie posiadają wiedzy na temat mechanizmów wywołujących te zjawiska i tym samym nie są w stanie dostarczyć dogłębnych opisów zjawisk i trafnych przewidywań. Wilson podkreśla wielokrotnie, że zbadanie biologicznych podstaw społecznego zachowania człowieka doprowadzi do gruntownej przebudowy nauk społecznych, wzbogaci je i zwiększy ich znaczenie.

"O naturze ludzkiej" jest książką niewątpliwie wartą przeczytania, przynajmniej dla osób zainteresowanych naukami społecznymi, ludzką naturą, antropologią, biologią ewolucyjną i filozofią. Jest niestety dosyć trudna do dostania, choć wiem, że były też nowsze wydania (Zysk i S-ka, 1998), które można czasami znaleźć na Allegro. Wiele innych książek Wilsona również zostało wydanych na polskim rynku. PIW wydał "Różnorodność życia", Prószyński i S-ka "Podróż w krainę mrówek", a Zysk i S-ka "Przyszłość życia" i "Konsiliencję".